Chciałabym, żeby moje dziecko było szczęśliwe, gdy dorośnie. Mogę mu pomóc?

Elżbieta Sołtys, psycholog, prowadzi Pracownię Psychologiczną w Krakowie: Tak, ale warto podeprzeć się wiedzą pomagającą wychować człowieka, który nie tylko dobrze sobie poradzi, ale będzie też szczęśliwy, żyjąc zgodnie ze swoją pasją.

Co powinnam wiedzieć?

Podstawowe rzeczy na temat rozwoju dziecka - na przykład, że specyficzne cechy języka kodują się do 18. miesiąca jego życia. To wtedy w mózgu odbywa się
pierwsza burza neuronowa. Ważne jest, jak do niego mówimy. Już od pierwszych dni możemy np. zaplanować naukę języka obcego. Jeśli jeden z rodziców jest np.
Niemcem, to warto, by zastanowili się, co chcą osiągnąć. Bo można zakodować dwa języki, ale tylko jeśli będziemy konsekwentnie mówić do dziecka w dwóch językach, z jednakowym natężeniem.

To przypomina programowanie komputera.

Ja to nazwę rozwojem zgodnym z potencjałem dziecka. Od 5. roku życia przechodzi ono przez kolejny ważny etap, który psychologowie nazywają "małym profesorem”. Maluch jest wtedy najbardziej otwarty na świat i podatny na naukę. Jest dociekliwy, wszystkiego ciekaw, chce pokonywać kolejne szczeble rozwoju. Na tym etapie ważny jest udział rodzica - mały profesor rozwija się, kiedy jest chwalony i odnosi sukcesy. Kiedy jednak mówimy "nie pytaj tyle”, małego profesora można
z łatwością w dziecku zabić.
Zdarza się to także nauczycielom - kiedy uczeń siedzi w piątej ławce, a pani zwraca uwagę tylko na pierwsze dwie, dziecko w końcu zniechęca się do poszukiwań.

Więc wystarczy odpowiadać na pytania?

Trzeba zaspokajać potrzeby dziecka w sposób optymalny. Kiedy jest krytykowane, bo nie umie na pamięć wierszyka, zniechęci się do nauki następnego.
Właśnie dlatego w pierwszych trzech latach szkolnej edukacji nie daje się ocen. Dziecko nie potrzebuje wiedzieć, czy wierszyk był na szóstkę, czy na jedynkę, tylko co ma zrobić, aby był dobrze wyrecytowany. A taką receptę często nauczycielowi jest trudno skonstruować, więc woli dawać buźki.

Czyli należy nieustannie chwalić dziecko? Czy to nie jest prosta droga do stworzenia małego potwora albo wielkiego lenia?

Nie, jeśli równocześnie będziemy je zachęcać do cierpliwości, pracowitości i wytrwałości, tłumacząc, że nauka bywa mozolna i monotonna. Trzeba po prostu przyjąć rolę pomagającą, a nie narzucającą. I znaleźć w dziecku jego własny potencjał. Odkryć to, do czego ma predyspozycje, a nie zmuszać go, żeby było tym, kim my chcemy. Kolejna okazja do odkrywania potencjału dokonuje się w wieku dojrzewania, gdy dzieci idą do gimnazjum. Wtedy w mózgu odbywa się druga burza neuronów, a zainteresowania i predyspozycje się krystalizują.

Jak je rozpoznać?

Podam przykład. Rodzic uważa, że dziecko powinno grać na pianinie, bo to rozwija. A dziecko nie ma do tego pasji i gra, bo mama mu każe. Konsekwencje są
takie, że włącza się wewnętrzny opór. Dziecko może zaczynać mnóstwo rzeczy i żadnej nie kończyć, bo w ten sposób zaznacza swoje "ja". Albo wszystko będzie
dobrze, ale w pewnym momencie pójdzie na imprezę i wywinie jakiś koszmarny numer.

Przez niewinne pianino?

Nie takie niewinne. Może to dziecko nie powinno na siłę grać na pianinie, tylko z przyjemnością w szachy? Może ma predyspozycje do przedmiotów ścisłych, a nie artystycznych, jak woleliby rodzice?

Jak to odkryć?

Może w tym pomóc psycholog, trener osobisty.

Mam trenować dziecko?!

Wręcz przeciwnie. Trener osobisty pomaga rozpoznać, jakie dziecko ma potencjały, które ujawnią się później. Wielu ludzi nie odnosi sukcesów, bo nie wie, co jest ich pasją, jakie cele sobie stawiać, jak radzić sobie z emocjami. A problemy zaczynają się już w dzieciństwie - w szkole uczeń nie zgłasza się do odpowiedzi nawet wtedy, kiedy wie, jaka ona jest. Trzeba mu pomóc uwierzyć, że to, co robi, ma sens, i sprawić, że będzie umiało z tego cieszyć.

Nie wystarczy uważnie obserwować dziecko?

Niektórym dzieciom brakuje tzw. inteligencji emocjonalnej, a to sprawia, że funkcjonują w życiu o poziom niżej, niż by mogły. A tymczasem inteligencji emocjonalnej da się nauczyć. Trzeba też wiedzieć, że jedno dziecko widzi świat przedziałowo, a inne punktowo. Osobowość przedziałowa widzi las, nie widzi drzew. Dziecko, które tak patrzy na świat, robi kilka rzeczy naraz, a wszystkie powierzchownie. Z kolei osobowość punktowa widzi drzewo, a nie widzi lasu - wybiera jeden cel i odcina
od reszty świata. A trzeba z obu spojrzeń na las i drzewa wziąć jednocześnie to, co najlepsze. Dzieci trzeba tego nauczyć. Należy też przyjąć do wiadomości, czego w nich zmienić nie można. Zrozumieć, że każdy przychodzi na świat z własnym temperamentem, a do niektórych rzeczy po prostu nie wolno go zmuszać.

Do czego na przykład?

Znam dziecko dwojga dziennikarzy, które jest dyslektykiem. Rodzice chcieliby, żeby pisało jeszcze lepiej niż oni, ja jednak widzę, że będzie świetnym informatykiem.
Ma po prostu predyspozycje do nauk ścisłych. Dlatego dobry psycholog pomaga też rodzicom. Może nimi pokierować tak, by nie wywierali na pociechę presji.
Ma różne sposoby - po pierwsze testy, które sprawdzą poziom możliwości przyswajania wiedzy i zdiagnozują uzdolnienia. Po drugie obserwację, która określi, jaki dziecko ma temperament i nauczy rodziców ten stan akceptować. Bo jeśli coś jest niezmienialne, jak kolor oczu, skóry czy temperament, to trzeba umieć z tym
żyć. Rodzice mają problem z zaakceptowaniem, że dziecko jest wybuchowe, i mówią, że jest złośliwe. Kiedy zrozumieją, że to nieprawda, łatwiej im będzie pracować nad wybuchami.

Jak naszym babkom udawało się wychowywać dzieci bez psychologów?

To jest wielka sztuka. Uczyły się tego od swoich babć, ciotek i matek. Ale dziś, kiedy psychologia wykonała taki skok do przodu, wychowanie to także nauka. Rodzice zawsze mieli intuicję i dalej będą ją mieć. Ale dlaczego nie korzystać z nauki, żeby wychowywanie szło lepiej? Zamiast dochodzić do czegoś przez lata, można zrobić to szybko dla pożytku dziecka i własnego.