Wyrok: zła matka

Ostatni „hejtowy hit” to… łajanie matki, która zapytała na forum o porady dotyczące wysłania na samodzielne wakacje 7-letniej córki. Gdyby potraktowała poważnie uwagi odpowiadających na jej pytanie internautek (kobiety są niemal wyłącznymi odwiedzającymi online’owe „miejsca spotkań” dla matek), powinna była natychmiast udać się na terapię dla matek nieradzących sobie ze swoją rolą, a dziecko – co najmniej do czasu zakończenia leczenia - oddać pod opiekę komuś, kto lepiej sprawdza się jako rodzic. Smutne to, ale prawdziwe: nigdzie szybciej niż w Internecie i bez pogłębionych analiz ze strony oceniających, nie można się dowiedzieć, że jest się złą matką. Ba!, taki werdykt wszechwiedzącej internetowej społeczności można usłyszeć nawet wtedy, gdy robi się coś, co tak naprawdę pozytywnie rozwija dziecko – tak, jak rzeczone wysłanie go na kolonie niedługo po tym, jak rozpocznie naukę w szkole lub nawet chwilę przed tym etapem życia.

Matka matce wilkiem

Internet jest pełen kobiet, dla których temat dzieci jest w danym momencie najważniejszy i z wielu powodów interesujący. Jedne z nich są najbardziej aktywne na Instagramie – prowadzą tam swoiste pamiętniki wypełnione zdjęciami obrazującymi codzienność z dzieckiem. Inne organizują się w przeróżnych grupach tematycznych, w których szukają porad na temat wychowania dziecka, dzielą się z innymi sukcesami swoich pociech lub obawami związanymi z ich rozwojem czy umiejętnościami. Stając się członkinią tych społeczności, można naprawdę szybko znaleźć pożądane informacje lub uzyskać realne wsparcie w rozwiązaniu niemal każdego problemu. Można też jednak paść ofiarą hejtu – niezasłużonego i, obiektywnie oceniając, niewytłumaczalnego, ale bardzo bolesnego.

Właśnie coś takiego przytrafiło się 35-letniej Annie, która kilka dni temu zamieściła w jednej z „mamowych” grup tematycznych w mediach społecznościowych prośbę o pomoc w wyborze kolonii dla 7-letniej córki. Z wpisu wynikało, że dziecko prosi matkę, aby pozwoliła mu na taki wyjazd, a ona nie wie, jaką decyzję w tej sprawie podjąć i jak ewentualnie zabrać się do zorganizowania maluchowi samodzielnych wakacji. Chcąc skorzystać z doświadczeń innych matek, Anna poprosiła je o wyrażenie swoich opinii na ten temat i wskazanie godnych polecenia organizatorów takich wyjazdów.

Temat okazał się gorący. W dyskusję zaangażowało się wiele kobiet. Wśród nich były takie, które bardzo pozytywnie podchodziły do wczesnego usamodzielniania maluchów. Ich zdaniem wyjazdy dziecka mogą, a nawet powinny rozpoczynać się jeszcze przed pójściem do szkoły. Za bardzo rozwijające uznawały udział w tzw. zielonym przedszkolu, czyli kilkudniowy wyjazd z grupą rówieśniczą i opiekunem przedszkolnym. W ich wpisach pojawiały się praktyczne wskazówki dotyczące wyboru organizatora wypoczynku i porady pomagające przygotować malucha do wyjazdu.

Wszystkie te informacje i opinie mogły być naprawdę pomocne dla kogoś, kto pierwszy raz organizował dziecku samodzielną letnią eskapadę. I takie by były, gdyby tylko dało się nie zauważyć kliku kąśliwych komentarzy zamieszczonych pomiędzy nimi.

Ktoś napisał, że jak się Annie nie chce wakacji z dzieckiem spędzać, to nie powinna go w ogóle mieć. Ktoś inny był uprzejmy ostrzec, że dziecko tak wcześnie wypychane z domu to dziecko bez fundamentu (cokolwiek miałoby to znaczyć) i to na pewno da o sobie znać w przyszłości. Jeszcze ktoś stwierdził, że dla tak małego dziecka kilkugodzinny pobyt w szkole to trudne przeżycie, a co dopiero wyjazd na ponad tydzień – prawdziwa (sic!) matka powinna o tym wiedzieć i nie fundować mu takich wątpliwych atrakcji.

Można powiedzieć: wolność słowa, każdy pisze, co chce. OK.! Tylko dlaczego pisze coś, co nie ma żadnej wartości merytorycznej, a jedynie rani odbiorcę?! Bo o ile można mieć wątpliwości co do tego, że „prawdziwa” matka nie pozwala dziecku sprawdzać się w nowych rolach, o tyle pewne jest, że każda matka, pod adresem której zostaną skierowane tego rodzaju uwagi, po pierwsze: poczuje się niekomfortowo, po drugie: bardzo możliwe, że nabierze mylnego przekonania o wpływie określonych doświadczeń na rozwój dziecka. W tym konkretnym przypadku bowiem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że warto wysyłać te najmłodsze dzieci na wakacje bez rodziców. Oczywiście pod pewnymi warunkami.

Poczucie winy? Do wyrzucenia!

Wbrew temu, co sugerowała jedna z komentatorek wspomnianego wpisu Anny, nie ma żadnych racjonalnych przesłanek ku temu, by rodzice wysyłający kilkulatka na samodzielny wyjazd wakacyjny, czuli się winni. To nieprawda, że moda na tego rodzaju wypoczynek najmłodszych dzieci jest tworem współczesnej cywilizacji i oznaką tego, że rodzice chcą pozbyć się dziecka. Dorośli mający dziś 30, 40, a nawet 50 lat w podobny sposób spędzali część wakacji. Kolonie organizowane przez szkoły i zakłady pracy były niezwykle popularne kilka dekad temu.

- Miałam dokładanie 7 lat, kiedy pierwszy raz wyjechałam latem bez rodziców – mówi 38-letnia Barbara. – Pamiętam, że wtedy większość dzieci była wysyłana na kolonie po pierwszej klasie. Traktowało się trochę jak dopełnienie tego roku w szkole, taką jego część. Było 10 miesięcy nauki, a później ten wyjazd. Czuło się, że jest się dorosłym, chociaż nie było łatwo. Tęskniłam za mamą. Kiedy rodzice przyjeżdżali w odwiedziny, było najgorzej, ale gdyby przez te 3 tygodnie w ogóle się ich nie widziało, byłoby na pewno jeszcze gorzej. Wtedy kolonie właśnie tyle trwały – wspomina.

Dziś wyjazdy dla najmłodszych są zdecydowanie krótsze, a przede wszystkim bardzo starannie zaplanowane i realizowane ze szczególną dbałością o szczegóły. O tym, że cieszą się zainteresowaniem, najlepiej świadczy to, że firmy specjalizujące się w ich organizacji sukcesywnie rozbudowują ich ofertę.

- Klub urwisa, czyli portfolio wyjazdów dla najmłodszych dzieciaków – w wieku od 7 do 11 lat – funkcjonuje u nas od kilku sezonów, a zainteresowanie nim ciągle rośnie – mówi Michał Karpiński, specjalista ds. turystyki dziecięcej i młodzieżowej w Almatur, biurze mającym wieloletnie doświadczenie w organizacji wyjazdów wakacyjnych dla dzieci i młodzieży. – To dla nas ważna część oferty, bo obwarowana szczególnymi wymogami organizacyjnymi. Grupy mogą liczyć co najwyżej 15 osób – w praktyce raczej nie zdarza się, aby na opiekuna przypadało więcej niż 10 dzieci. Kadrę stanowią najlepiej wykształceni i doświadczeni wychowawcy. Maluchami nigdy nie zajmują się studenci pierwszych lat studiów pedagogicznych, ani osoby pierwszy raz wykonujące ten rodzaj pracy – wyjaśnia.

Wysyłając dziś dziecko na samodzielne wakacje, nie trzeba się też obawiać o utratę kontaktu z nim i deficyt wiedzy na temat tego, co się u niego dzieje. Co ważne, komfortu, o którym mowa, nie zapewniają wcale telefony komórkowe. Okazuje się bowiem, że organizatorzy wypoczynku dla najmłodszych doskonale znają zalecenia psychologów i już w regulaminach wyjazdów informują o tym, że dziecko będzie proszone o zdeponowanie komórki u opiekuna.

To, że maluch będzie miał stały dostęp do telefonu, daje komfort rodzicowi, a nie dziecku – mówi doktor Magdalena Śniegulska, psycholog dziecięcy, wykładowca Uniwersytetu SWPS, Szkoły Edukacji PAFW i Uniwersytetu Warszawskiego. – Najmłodsze dzieci przebywając z dala od rodziców powinny móc i umieć z każdym problemem zgłosić się do opiekuna. To jeden z czynników, które pozwalają ocenić, czy wyjazd jest dobrze zorganizowany, a członkowie kadry – godni zaufania. Wysyłając malucha na pierwsze kolonie, rodzice mają mieć przekonanie i poczucie, że informacje przekazywane przez organizatorów są wiarygodne, a nie udzielane tylko po to, by pozbyć się dopytujących o pociechę mam czy ojców – wyjaśnia.

Mając świadomość tego, że danie dziecku możliwości nieograniczonego kontaktowania się z rodzicami nie byłoby dla niego, organizatorzy wyjazdów znajdują alternatywne sposoby na to, by dorośli byli spokojni i na bieżąco wiedzieli, co się u nich dzieje.

- U nas akurat działa to tak, że każdego dnia relacjonujemy w mediach społecznościowych poczynania kolonistów – mówi Michał Karpiński z Almatur. – Tworzymy zamknięte grupy dla rodziców i tam udostępniamy zdjęcia i filmy, które umożliwiają im „bycie blisko dzieci”. To się świetnie sprawdza. Dodatkowo dzieciaki raz dziennie – rano – mogą zadzwonić do mamy czy taty i osobiście powiedzieć im, jak sobie radzą – dodaje.

Co do tego, że właśnie takie rozwiązania są właściwe i powinny cieszyć, a nie martwić czy wpędzać rodziców w poczucie winy związane z fundowaniem maluchowi traumy, psycholog nie ma wątpliwości.

- Ewentualne trudne emocje towarzyszące wyjazdowi będą się nasilały zawsze wtedy, gdy dziecko usłyszy czy zobaczy rodziców – mówi doktor Śniegulska. – Tak to po prostu działa, również w wielu innych sytuacjach, w których dziecku jest w jakimś sensie źle. Dla przykładu: cały dzień może się ono naprawdę dobrze bawić i nie sygnalizować opiekunowi poczucia samotności czy zagubienia, a kiedy wieczorem – pora tuż przed snem to najgorszy moment na kontakt z rodzicami – usłyszy mamę, zupełnie się rozklei, bo wyczerpane przeżyciami dotkliwie odczuje tęsknotę – wyjaśnia ekspertka.

Co ciekawe, sam fakt, że dziecko płacze, kiedy zostaje odseparowane od rodziców, wcale nie świadczy o tym, że dzieje mu się krzywda, a ono samo bardzo często jest świadome, że taka reakcja na nową sytuację jest u niego przejściowa. Już kilkulatki potrafią powiedzieć zatroskanemu ich łzami opiekunowi, żeby się nie przejmował. Tłumaczą, że „tak po prostu mają, ale to za chwilę przejdzie”. I jeśli faktycznie przechodzi, to długofalowe korzyści płynące z wczesnych prób usamodzielniania dziecka przynoszą bezcenne korzyści.

- Dziecko, które pokonało negatywne emocje związane z odseparowaniem od rodziców, zyskuje wyjątkowe pokłady pewności siebie, przekonanie o swojej sile i umiejętnościach rozwiązywaniem napotkanych problemów – przekonuje doktor Śniegulska.

Krótko mówiąc (na pohybel hejterkom Anny i wszystkich innych matek chcących wysłać swoje kilkulatki na wakacje!): umożliwienie dziecku spędzenia wakacji z rówieśnikami i pod dobrą opieką nie ma nic wspólnego z „wypychaniem” go z domu i byciem złym rodzicem. Należy jednak dołożyć wszelkich starań, by właściwie ocenić jego gotowość do podjęcia tej ważnej próby.

Krztyna psychologii

- Zdarza się, że rodzice przeceniają możliwości swoich dzieci i zbyt wcześnie decydują się na wysłanie ich na pierwsze kolonie – mówi Michał Karpiński z Almatur. – My oczywiście staramy się zwrócić ich uwagę na pewne ważne kwestie i w ankietach, które wypełniają przed zapisaniem malucha na wyjazd, pytamy o jego rozwój psychospołeczny, ale nie mamy możliwości zweryfikowania odpowiedzi. W większości dokumentów pojawiają się stwierdzenia, że dziecko jest samodzielne, otwarte, towarzyskie, a już w tracie wyjazdu okazuje się coś innego. Równie ważna co umiejętność emocjonalnego odnalezienia się w nowej w sytuacji, jest także zdolność do zadbania o siebie i zaspokojenia swoich potrzeb fizjologicznych. Oczywiście, że jeżeli dziecko nie radzi sobie z jakąś czynnością, zawsze może liczyć na pomoc opiekuna, ale wszystkim byłoby łatwiej, gdyby kolonista umiał nałożyć sobie jedzenie w czasie serwowania posiłków, czy samodzielnie się umyć – zwraca uwagę ekspert.

W nieco innych kategoriach, ale o tym samym problemie mówi też psycholog. Jeśli pomysł samodzielnego wyjazdu rodzi się w głowach rodziców, a dziecko nie jest do niego entuzjastycznie nastawione, należy zastanowić się, co jest powodem tej niechęci. Najogólniej rzecz ujmując, może ona wynikać z deficytów w dwóch ważnych obszarach – emocjonalnym (nie wiem, jak odnajdę się w grupie, czy koledzy mnie polubią, jak będę się czuł bez rodziców) lub „sprawnościowych” (czy jestem w stanie o siebie zadbać, odpowiednio ubrać, wykonać czynności higieniczne). Uświadomienie sobie jakichkolwiek braków odpowiednio wcześnie i próba ich „wypełnienia” to klucz do późniejszego sukcesu. Warto jednak wziąć pod uwagę, że o ile większości dzieci kilka prostych ćwiczeń wystarczy do tego, by nauczyć się brać prysznic i suszyć włosy, o tyle nadrobienie braków emocjonalnych zajmuje zwykle więcej czasu.

- Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o to, w jakim wieku dziecko jest gotowe na samodzielny wyjazd – mówi doktor Magdalena Śniegulska. – To zależy m.in. o tego, w jaki sposób były w nim budowane doświadczenia separacyjne, czyli umiejętność funkcjonowania bez najbliższych osób. Pierwsze próby kształtowania tej umiejętności można z powodzeniem podejmować u dzieci 2-3-letnich. Jeśli od tego wieku maluch będzie się przyzwyczajał do nocowania poza domem, przebywania z osobami innymi niż rodzice – na przykład dziadkami – to najprawdopodobniej jako 7-latek dobrze poradzi sobie na samodzielnym wyjeździe. Nie można tego jednak traktować jako reguły – podkreśla ekspertka.

A co, jeśli okaże się, że dziecko jednak nie daje sobie rady i przy każdej możliwej okazji sygnalizuje rodzicom swoje problemy? Z informacji przekazywanych przez organizatorów wakacyjnych wyjazdów wynika, że takie sytuacje zdarzają się raczej sporadycznie. Jeśli nawet dziecko nie czuje się komfortowo, zwykle udaje mi się przezwyciężyć trudności, bo wypełnione różnymi aktywnościami dni (nawet na wyjazdach typowo wypoczynkowych dzieciom wypełnia się obecnie maksimum czasu) i towarzystwo rówieśników skutecznie w tym pomagają. Psycholog z kolei zaleca, aby zwrócić uwagę na to, czego dotyczą skargi dziecka, ale raczej nie zabierać go z wyjazdu po pierwszych narzekaniach. Czerwone światło w głowie powinno się zapalić zawsze wtedy, gdy pojawia się choć cień podejrzenia, że szwankuje organizacja wyjazdu, a w związku z tym dziecko może nie być bezpieczne. Wtedy należy reagować bez względu na obawy o pomyłkę czy bycie posądzonym o nadgorliwość. Pozostanie biernym w takiej sytuacji – to dawałoby jedyny uzasadniony powód, dla którego hejterzy mogliby wyżywać się na rodzicach małych kolonistów. W żadnym innym wypadku nie mają do tego najmniejszego prawa.

5 porad dla rodziców wysyłających malucha na pierwsze samodzielne wakacje:

1. Wybierz wyjazd do miejsca położonego niedaleko od domu. W razie pilnej potrzeby łatwiej będzie dojechać do dziecka, a jeśli nie pojawi się taka konieczność, obu stronom zapewni to komfort psychiczny.

2. Sprawdź organizatora wyjazdu. Na spotkaniach z nim nie bój się zadawać jakichkolwiek pytań. Zrób rekonesans wśród znajomych. Zapytaj, co polecają. Poszperaj w Internecie.

3. Jeśli to możliwe, zorganizuj wyjazd tak, aby maluch pojechał z innym dzieckiem, które zna. Obojgu będzie łatwiej.

4. Nie zaszczepiaj w dziecku niepotrzebnych lęków – nie sugeruj, co może być dla niego problemem, ale wysonduj, czego ono się obawia i poszukaj sposobów na zmierzenie się z tymi trudnościami.

5. Nie pielęgnuj w sobie obaw i wyrzutów sumienia. Wykorzystaj czas bez dziecka najlepiej, jak potrafisz – tak, aby zatęsknić, a później cieszyć się bliskością ze zdwojoną siłą.