Kiedy byłam w 5 miesiącu ciąży, pracodawca poprosił mnie, żebym poszła na zwolnienie aż do porodu. Byłam nauczycielką i często chorowałam, bo zarażałam się od uczniów. Dyrektor uznał, że woli znaleźć za mnie zastępstwo na kilka miesięcy. Rozumiałam to, więc do końca ciąży zostałam w domu. Jednak tuż przed porodem dyrektora zrobił mi wielką awanturę, że nie wróciłam ze zwolnienia do pracy. Naprawdę się zdumiałam. I zrozumiałam, że po porodzie nie mam już w swojej szkole czego szukać. Nawet nie próbowałam tam wracać.

Więc rzeczywiście, na pierwszy rzut oka wygląda to jak kolejna historia o skrzywdzonej matce, ale wcale tak nie jest, bo wzięłam życie za rogi. Najpierw przez półtora roku opiekowałam się swoim dzieckiem. Jakoś nie mogłam się z nim rozstać i chętnie zostałabym w domu nawet dłużej, ale w końcu stwierdziłam, że czas wracać do pracy. Postanowiłam więc rozejrzeć się za jakim zajęciem.

Wracać do szkoły? A jak z pensji nauczycielki opłacić opiekunkę? I właśnie ten problem podsunął mi pomysł na życie. Gdyby przy firmach działały żłobki, albo przedszkola, matki nie musiałyby wydawać większości swoich pensji na opiekunki. Mogłyby chodzić do pracy z dziećmi! Może więc zajmę się organizowaniem takich przedszkoli i żłobków przy firmach? Jestem przecież nauczycielką, mam spore doświadczenie pedagogiczne.
Zabrałam się energicznie do roboty. W internecie trafiłam na strony projektu Gender Index, w ramach którego rozstrzygnięto konkurs na firmę równych szans. Wygrywały takie, w których oferowano pracownicom przedłużone urlopy macierzyńskie, pokoje do karmienia, gdzie atmosfera była dobra dla matek.

Zaczęłam czytać fachową literaturę, potem zaczęłam zbierać informacje, jak organizuje się miejsca opieki dla dzieci. Sprawdzałam, czy już istnieją w Polsce firmy, które się tym zajmują. Okazało się, że jest ich bardzo niewiele. Zastanawiałam się, dlaczego? Przecież to doskonałe rozwiązanie, tak wiele rodzin nie ma dziadków chętnych do pomocy, a na nianie ich nie stać. Albo nawet stać, ale nie mogą znaleźć odpowiedniej.

Żłobki? Nie każdemu odpowiada, że kilkorgiem dzieci zajmuje się jedna opiekunka, zresztą trudno w nich o miejsca. Prywatnych żłobków natomiast prawie nie ma, bo aby je założyć, trzeba spełnić bardzo wiele rygorystycznie przestrzeganych warunków - wiem dokładnie, bo myślałam przez pewien czas o założeniu prywatnego żłobka. Przedszkola, czy też klubiki malucha dla najmłodszych dzieci przy firmach wydały mi się najlepszym rozwiązaniem. Po głowie chodziły mi zwłaszcza te klubiki, bo starsze dzieci mogą chodzić do przedszkola, a właśnie z najmłodszymi matki często nie mają co zrobić.

Rozmyślałam więc o tym, a dla relaksu postanowiłam zapisać się na aerobik. Tylko znowu pojawił się problem: co zrobić z dzieckiem podczas ćwiczeń? Zaczęłam więc szukać klubów fitness, w których są specjalne pomieszczenia, gdzie można zostawić dziecko. I w całej Warszawie znalazłam tylko jedno takie miejsce. To było dla mnie prawdziwe olśnienie! Trzeba zacząć od klubu fitness, a w tym czasie zdobywać rynek biurowców. I właśnie tak zrobiłam.

Teraz prowadzę klubik dla dzieci przy klubie tenisowym w podwarszawskiej Radości. Ludzie, którzy idą na partyjkę tenisa albo squasha, zostawiają u mnie swoje dzieci, a ja razem z moimi pracownikami zajmujemy się nimi. Kupiłam drewniane zabawki, bo nie mogę już patrzeć na wszechobecne plastikowe kulki. Pomalowałam ściany w zwierzątka, wydzieliłam aneks kuchenny, żeby można było podgrzać coś do jedzenia. Niewielkim nakładem stworzyłam naprawdę bardzo ładne miejsce.

Ale nie rezygnuję z dalszych planów. Cały czas szukam firm, które chciałyby zorganizować u siebie przedszkole. Przekonuję ich szefów, umawiam się na kolejne spotkania. Niestety, sprawa jest trudna. Słuchają grzecznie i z zainteresowaniem, ale potem odpowiadają, żebym wróciła, kiedy już coś takiego zorganizuję i będzie działać. Mój mały klubik działa, więc przekonuję od nowa. Jestem w trakcie poważnych rozmów z pewną firmą. Myślę, że wkrótce otworzę pierwsze przedszkole.