Dlaczego adoptowała pani dzieci?
Jolanta Krysowata
: Razem z mężem zawsze chcieliśmy adoptować dziecko. Myśleliśmy, że jest tyle gotowych dzieci na świecie, które należy tylko "odłowić" i dać im szansę odrodzenia się w lepszych warunkach. Bo źródło pochodzenia dziecka - czy ono jest z mojego łona, czy z domu dziecka - to sprawa drugoplanowa. Bo adoptując małego człowieka, nie bierzemy go na własność, tylko dajemy szansę nowemu życiu. I nie ma znaczenia, czy to nowe życie już jest, czy dopiero je sobie zmajstrujemy. Chcieliśmy jedno dziecko adoptować, a drugie urodzić, kolejność nie miała znaczenia. Gdy się okazało, że mam pewne problemy natury medycznej, zdecydowaliśmy się na adopcję. A gdy zobaczyliśmy, jakie to fajne, po niespełna trzech latach adoptowaliśmy drugie dziecko.

Swojego dziecka nie macie?
Mamy dwoje swoich dzieci: Michała i Antosię. To są NASZE dzieci. Dzieci biologicznych nie mamy.

Jak się rodzi miłość do adoptowanych dzieci?
Zawsze się śmieję, że w przypadku Michałka, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Gdy zobaczyłam go, miał półtora roku. Słabo siedział, nie chodził, był zezowaty na wszystkie możliwe kąty: do środka, na zewnątrz i dookoła. Na dodatek był łysy i cały pokryty łuską, bo miał alergię na wszystko. Tak strasznie wyglądał, że się natychmiast w nim zakochałam.

Jak można się zakochać w takim zaskorupiałym dziecku?
Cholera wie, po prostu się zakochałam. Wychowawczyni powiedziała, że Michałek nie spał od czwartej rano, bo wiedział, że rodzice do niego przyjdą. Czekał: wyglądał jak mały makler giełdowy, ubrany w białą koszulkę i szelki. Był bardzo niespokojny i niewyspany. Kucnęliśmy koło niego, a on nas pogładził po policzkach. Uśmiechnął się, a ja byłam już zakochana.
Potem bawiliśmy się z Michałkiem w osobnym pokoju, ale w końcu trzeba go było oddać. Opiekunka wzięła go z naszych rąk i zaniosła do sypialni, gdzie stał rządek podobnych nieszczęść i wszystkie te dzieciaki wiły się i kiwały głowami w kompletnej ciszy. Nikt nie wrzeszczał ani nie płakał. A nasz synek zaczął strasznie walić głową o szczebelki i rzucać się, jak w jakimś ataku. Wszystko widzieliśmy przez otwarte drzwi, ale nagle opiekunka zatrzasnęła kopniakiem drzwi tuż przed naszym nosem i wtedy mąż zakochał się w Michałku. Bo zrozumiał, o co chodzi w adopcji: "Tu, cholera, nie chodzi o mnie, tylko o niego". Błyskawicznie uruchomiliśmy znajomości, by go stamtąd jak najszybciej wyrwać.

Więc decydując się na adopcję, nie wolno myśleć, że to ja chcę mieć dziecko, ale raczej, co mogę mu z siebie dać?
Właśnie. Jeśli ktoś chce mieć dziecko, by je kształtować na swoje podobieństwo, poniesie porażkę - niezależnie od tego, czy sam je urodził, czy adoptował. Te wszystkie sfrustrowane baby, które zrobiły kariery, a potem ciągają dzieci na fortepiany, języki i pływalnie, sprawiają, że dziecko nie ma czasu złapać oddechu. Poniosą porażkę, bo mały człowiek będzie nieszczęśliwy. Ale jeżeli pomyślą, co mogą dać dziecku, mają szansę na sukces.

Mieliście problemy ze swoimi dziećmi?
Michałek dał nam straszną szkołę, bo był bardzo schorowanym dzieckiem. To były ciągłe operacje oczu, odczulania, ratowanie przed astmą. A ponieważ nic tak nie łączy, jak wspólny problem, bardzo się z nim związaliśmy. Potem, gdy wzięliśmy córeczkę, było nam zbyt łatwo.

Ile miała lat w chwili adopcji?
Ponad cztery lata, prawie pięć. Duża dziewczynka, która już wszystko rozumie, wszystko pamięta. Tosia spędziła rok w rodzinnym domu dziecka i to tam odbyło się największe "pranie" jej ze wszystkiego, co pozostało z trudnej przeszłości. Ludzie, którzy ją wychowywali w tym domu dziecka, byli jej jedynym dobrym wspomnieniem z "pierwszego życia". Ona to wspomnienie lubi i dlatego z nią było nam łatwo. Była zdrowa, rozwinięta, śliczna dziewczyna. Od niej nie dostaliśmy w kość. O wiele bardziej pracowaliśmy nad tym, by powstał głęboki związek między rodzeństwem. Udało się: leją się jak rodzeństwo, kochają się jak rodzeństwo, kłamią w swojej obronie jak rodzeństwo - jest genialnie.

Najtrudniejsze momenty po adopcji?
Nie było najtrudniejszych momentów. Ale były wcześniej, jeszcze przed adopcją. Najtrudniejsza była realizacja naszego postanowienia, by nie zabierać dzieci na noc do domu. Bardzo tego pilnowaliśmy.

Dlaczego?
Ludzie często popełniają ten błąd i zabierają dziecko na przepustkę, a potem odstawiają je z powrotem do domu dziecka. A przecież proszę pomyśleć: przeprowadzamy się średnio osiem razy w życiu. Zmiana pracy, zmiana domu - to wszystko jest jakiś stres. A teraz proszę sobie wyobrazić dziecko, które ma dwa lata i przeprowadzało się ze czterdzieści razy, bo jego matka włóczyła się. Mija sporo czasu, zanim takie dziecko uwierzy, że w kolejnym domu zostanie już na zawsze. Więc dlatego nie mogłam zabrać dziecka na przepustkę do domu. Bo myślałam: kiedy rzeczywiście ze mną zamieszka, to ile zajmie mu zaufanie, że nie wróci już do sierocińca? Adopcyjnego dziecka nie wolno skrzywdzić dodatkowo, bo ono już zostało bardzo skrzywdzone.

Gdzie się tego nauczyliście?
Na szkoleniu w ośrodku adopcyjnym. Jeżeli ktoś nie szuka znajomości, nie idzie na skróty, nie załatwia na lewo, to ma dokładnie tę samą wiedzę. Chyba że zatka uszy, uzna, że wszystko wie lepiej. Poza tym, ze szkolenia można wyjść z oceną, że nie nadajemy się na rodziców adopcyjnych. Była taka historia we wrocławskim ośrodku adopcyjnym: przyszedł pan z panią i orzekł, że tylko ona będzie chodziła na szkolenia, bo on pracuje, a to ona chce adopcji. A wtedy kobieta powiedziała, że oczekuje dziecka z uzdolnieniami plastycznymi, bo sama robi kursy i chciałaby być dla malucha mistrzem. Ci kandydaci na rodziców dostali kosza, ale być może poszli gdzie indziej, udawali lepiej i w końcu jakiemuś dziecku zmarnowali życie. A przy okazji sobie.

Jacy rodzice marnują dzieciom życie?
Źli rodzice. Tacy, którzy myślą bardziej o sobie niż o dzieciach. I nie ma znaczenia, czy to są biologiczni, czy adopcyjni rodzice. Ja swoim dzieciom zawsze tłumaczę, że ich pierwsza mama i pierwszy tata mieli nieuleczalną chorobę, która polega na tym, że serce nie umie kochać.

Nie wolno dzieciom powiedzieć, że biologiczni rodzice byli źli?
Ja nie chciałabym myśleć, że ktoś zły mnie urodził. Tego też się uczy na szkoleniach. Nie wolno deprecjonować biologicznych rodziców, bo to się kiedyś zemści. Więc teraz tłumaczę Antosi i Michałkowi, że kiedy się rodzi dziecko, anioły wybierają mu zapasowych rodziców. Każdy człowiek na ziemi ma zapasową parę rodziców i niektórzy się przydają, a inni nie. Bo kiedy rodzice nie mają choroby serca, nie ma problemu.

I dzieci w to wierzą?
Tak. Ja też w to wierzę.

Czy kiedykolwiek obawialiście się, co będzie, gdy u waszych dzieci odezwą się geny ich rodziców biologicznych?
Ja się cieszę, że nie odezwą się w nich geny moich własnych rodziców. Proszę porozmawiać z genetykiem: białko determinuje twardość paznokcia i kolor włosów. To, jak się zachowujemy, jest kwestią temperamentu, a cała reszta to jest życzenie kulturowe. Więc jeżeli ktoś zwala na geny, że jego dziecko adopcyjne zachowuje się nie tak, jak bardzo starał się je wychować, to chciałabym przekonać z całej mocy, że genetyka ma z tym niewiele wspólnego

A co ma?
To są sprawy kulturowe, a nie geny. Jeżeli pani córka pójdzie na randkę w wieku lat dwunastu, wymaluje się, to czy pani pomyśli, że miała babkę kurwę? Nie! Pomyśli pani, że czytała "Brawo Girl", że pani się maluje i jeszcze, że z nią nie pogadała odpowiednio wcześnie. Ale gdyby to córka adopcyjna miała malowane usta i oczy, to natychmiast pojawiłaby się myśl, że ma to w genach po matce kurwie. To w naszych mózgach są te osławione geny. Zwalamy na nie wszystko: wpływ mediów, własne błędy. A poza tym, jakie informacje o naszej rodzinie przechowujemy? Każdy dziadek był bohaterem wojennym, ale nie wiemy, czy pradziadek nie był przypadkiem seryjnym mordercą. Mówią o mnie: "do nikogo niepodobna". Ale potem oglądam album: XVIII wiek, koło filarka stoi dziewczyna, jak obszył ja! Więc co my wiemy o naszych genach?

Są ludzie, którzy oddają adoptowane dzieci. Mówią: nie byliśmy przygotowani na takie problemy, jesteśmy bezradni i uważamy, że lepiej oddać, niż się dalej męczyć. Jest jakieś wytłumaczenie takiego zachowania?
Nie. Bo gdyby tak samo kryminalnie zachowywało się ich biologiczne dziecko, to co by zrobili? Wyrzuciliby z domu? Zrzekli się praw rodzicielskich?

Czy kiedykolwiek mieliście moment zwątpienia i pomyśleliście, iż adopcja jest ponad wasze siły?
Że rodzicielstwo w ogóle jest ponad nasze siły? Szesnaście razy dziennie. Często pojawia się myśl, że ja się chyba na mamę nie nadaję, bo np. dziecko napluło na dywan. Ale nigdy nie pomyślałam, że trzeba oddać. Mogę być przestępcą, ale nie zbrodniarzem. Oddanie dziecka, które się przyjęło jako swoje, to zbrodnia i gadanie o genach to zwykłe pieprzenie, zwalanie winy. Ale w razie jakichś pedagogicznych niepowodzeń, to będzie tylko moja wina, niczyja inna. Będzie oznaczało, że źle wychowaliśmy dzieci, źle podeszliśmy do ich problemów. Ale naprawdę bardzo staramy się dobrze do nich podchodzić.

Co dzieci dają rodzicom adopcyjnym?
Na pewno dają w kość. Tak samo jak biologiczne. Mam takie powiedzenie: dzieci łatwo się kocha, tylko trudno z nimi wytrzymać. Dają to wszystko, co widzimy w reklamie, gdy mama z córką pieką ciasto, a synek laurkę narysował - śliczne scenki z życia rodzinnego. Ale jest też mnóstwo nerwów, złości i niepowodzeń. Więc z Michałkiem i Antosią mamy to wszystko, czego jako rodzice oczekujemy. Ale też wszystko, czego chcielibyśmy uniknąć.

O czym trzeba pomyśleć, rozważając adopcję?
Należy pójść do ośrodka adopcyjno-opiekuńczego i zapisać się na szkolenie. Dobrze słuchać, co tam mówią, nie wstydzić się żadnych pytań i odpowiadać szczerze na pytania. Nie robić nic na skróty, nie szukać znajomości, by przyspieszyć adopcję, nie kombinować, lecz uzbroić się w cierpliwość. I nie bać się przeszłości dziecka - wypytać o nią, a potem zamknąć ją w szufladzie. Nigdy nie używać przeszłości jako broni w walce pedagogicznej z dzieckiem.

Rozmawiacie ze swoimi dziećmi o ich przeszłości?
To oczywiste. Mówimy im, że jedne dzieci są z adopcji, a inne ze szpitala. Nie boimy się prawdy.

O czym jeszcze trzeba pamiętać, adoptując dziecko?
Trzeba nazwać swoje pragnienia. I zobaczyć, czy pragniemy dziecka dla siebie, czy dla niego. I jeżeli na początku ten bilans wypadnie negatywnie, nie trzeba się zrażać. Bo przecież dojrzewamy, uczymy się, chodzimy na kursy. Są fora internetowe, mamy do dyspozycji internet, biblioteki i ekspertów.
Ale przede wszystkim trzeba dać szansę sobie i dzieciom. I nie myśleć, że adopcja jest zamiast naturalnego rodzicielstwa. Jeśli ktoś mówi tak: "nie mogę urodzić, to wezmę dziecko i jeszcze zrobię łaskę" - niech nie bierze, niech nie marnuje mu życia. Rodzicielstwo adopcyjne nie jest zamiast biologicznego. Jest równorzędne.


Jolanta Krysowata, reportażystka Polskiego Radia Wrocław, prezenterka programu telewizyjnego "Nasze Dzieci"