Burmistrzowie i wójtowie mając do wyboru: załatać dziury w drodze czy wyremontować szkołę, coraz częściej wybierają to pierwsze. I zamykają małe, wiejskie szkoły, w których klasy liczą po kilka osób. Wolą inwestować w duże szkoły, z 30-osobowymi klasami.

Na Mazowszu kuratorium zgodziło się już na likwidację siedmiu placówek. Ale np. w woj. kujawsko-pomorskim gminy wnioskowały o zamknięcie 25 szkół, w dolnośląskim 61, w lubelskim 68, a na Śląsku aż 133. Do blisko połowy wniosków kuratoria przychyliły się.

"Rozumiem, że samorządy kierują się głównie względami ekonomicznymi i opłaca się im zamknąć lub połączyć w dwie jedną szkołę" - mówi Piotr Zaczkowski z kuratorium w Katowicach. "Ale my musimy brać pod uwagę dobro dzieci, dlatego często nie zgadzamy się na pomysły gmin. W takich sytuacjach samorządy piszą do MEN".

Piszą mimo protestów rodziców, nauczycieli. Tak dzieje się m.in. w Bielawie (Dolnośląskie). "Nie zgadzamy się. I co z tego? Gmina nas nie chce" - mówi Grażyna Gładysz, dyrektor bielawskiej Podstawówki nr 5. Szkoła sąsiaduje z dwiema innymi: 1000-latką i integracyjną. W "piątce" uczniów jednak nie brakuje. Gmina nie może zatem wykorzystać argumentu o niżu, ale tłumaczy: "Po co w tak małym mieście jak Bielawa (blisko 33 tys. mieszkańców) aż sześć szkół podstawowych?".

Małe szkoły uczą najlepiej

Izabela Marczak: Samorządy chcą zamknąć 614 szkół. To bardzo dużo.

Anna Wiłkomirska: Dużo, ale nie oskarżałabym tu samorządów, bo one czasami są w dramatycznej sytuacji, a decyzja o likwidacji szkoły jest dla nich niezwykle trudna.

Czy nie jest jednak tak, że dla gminy ważniejsze są inwestycje, np. remont ulicy, niż jakaś mała szkółka z dziesięcioma uczniami na krzyż?
Owszem, samorządy niekiedy wybierają np. między zakupem opału dla szkoły a pokryciem żwirem drogi, którą użytkują wszyscy. Ale niektóre gminy nie potrafią dobrze rozporządzać finansami. Znam przykład wsi pod Białymstokiem, która codziennie posyła tylko po jedno dziecko 30-osobowy autobus, który to dziecko przywozi do i odwozi ze szkoły. Za jego wynajęcie zapewne można by dożywić kilkanaścioro dzieci. Jednak nie można też zapominać, że często zamyka się szkoły, bo jest niż demograficzny i utrzymanie placówki dla np. sześciorga dzieci kompletnie się nie opłaca.

Większość kuratoriów w Polsce twierdzi, że zgadza się na zamykanie szkół, bo nie ma kogo uczyć. Problem w tym, że właśnie wychodzimy z niżu demograficznego, za trzy lata trzeba będzie otwierać nowe placówki.
Niewykluczone, że tak, ale nie wiadomo, jaki będzie rozkład demograficzny, gdzie tych placówek będzie potrzeba najwięcej. Takich badań nikt nie robi. Wiadomo, że dziś osoby mające dzieci koncentrują się wokół miast, bo tam jest lepszy dostęp do edukacji. Dlatego też najczęściej zamyka się małe wiejskie szkółki.

I uczniów pakuje się do szkół-molochów...
Oczywiście, najkorzystniejsza sytuacja byłaby wtedy, gdyby znaleźć pieniądze na zachowanie małych placówek. Te pozwalają na bliższe relacje nauczyciel-uczeń, dzieci kształcą się w małych grupach, każdemu z osobna można poświęcić więcej czasu. W tak komfortowych warunkach łatwiej uczniów umotywować do uczenia się.

To dlaczego nie robi się wszystkiego, żeby dofinansowywać małe szkoły?
Bo należałoby zmienić myślenie władz o edukacji. Jesteśmy krajem o najmniejszym w Europie budżecie na edukację. Potrzeba też dobrej woli samorządów. Mogłyby zastanowić się np. nad tworzeniem szkół czy przedszkoli niepublicznych. Dofinansowując je, obniżałyby koszty, jakie musiałyby same ponieść i jakie zapłacić muszą rodzice za umieszczenie tam dziecka.

Czym dla dziecka, rodziców jest zamknięcie szkoły?
Z punktu widzenia rodziców to tragedia. Dziecko miało kilkaset metrów do szkoły, a teraz musi dojeżdżać np. 8 km. Dla dziecka to stres: nowi nauczyciele, koledzy, klimat.

Więc co zrobić, aby ratować małe szkoły?
Niech szkoły pozostają w gestii władz lokalnych, ale niech i państwo wspiera dodatkowo samorządy w działaniach edukacyjnych.


Prof. dr. hab. Anna Wiłkomirska, wykładowca na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego