Nie bój się belfra
Właściwie obu stronom chodzi o to samo - żeby dzieci się uczyły, odrabiały lekcje i nie wagarowały. Poza tym jeszcze nauczyciele chcą, by rodzice przychodzili na wywiadówki. Poza tym nauczyciele życzyliby sobie, aby to właśnie rodzice wychowywali swoje dzieci, a rodzice - żeby jednak szkoła zrobiła to za nich.
- Gry komputerowe są jednak dobre dla dzieci
- W szkole powstała ośla klasa
- Ministerstwo: Więcej lekcji w szkołach
- Najlepsze przedszkole w Polsce wybrane
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Niedziela 2012-05-27

temp. min 1°C max. 26°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Szkoła to miejsce, w którym trwa bezustanna wojna starszych z młodszymi, dziewczynek z chłopcami, prymusów z leniami, nauczycieli z uczniami i tak dalej. Również w szkole te wrogie grupy uczą się przyjaźni, tolerancji i współpracy. A dziewczynki i chłopcy idą nawet dalej.
Ale paradoksem jest to, że jedna z tych grup, które ze sobą walczą, ma wspólny interes i cel - wychowanie wartościowego dorosłego. Dlaczego więc rodzice i nauczyciele nie mogą się ze sobą porozumieć?
Lista wzajemnych grzechów jest zadziwiająco do siebie podobna. Obie strony zarzucają sobie nawzajem, że nie interesują się tym, co się dzieje z młodym człowiekiem i interweniują dopiero w drastycznych przypadkach.
Nauczyciel po drugiej stronie barykady
Skąd u rodziców bierze się przekonanie, że nauczyciel jest wrogiem dziecka? I czy rzeczywiście tak jest? "Kiedy idę na wywiadówkę, od razu robię się trochę infantylna” - mówi Bożena, mama bliźniaczek Idy i Ewy. "Mam gorzej, bo jestem mamą jednojajowych bliźniaczek i jestem od razu kojarzona. Nauczycielkom myli się co prawda, kto jest mamą Karolka czy Piotrusia, ale mnie zapamiętują bezbłędnie. Mam wrażenie, że te wszystkie panie są tak strasznie zmęczone, że działają po linii najmniejszego oporu. Ja jestem ofiarą tej taktyki. Rozglądają się po klasie, pamiętają, jak mam na imię i pada na mnie. Zbieram pieniądze na wycieczkę, jestem w radzie rodziców itd. Zgadzam się, bo wiem, że przez to dziewczynki są traktowane trochę lepiej. Myślę, że jeśli nauczyciel kojarzy rodzica, to się trochę zastanowi, zanim dziecku dokuczy. Najgorzej ma dzieciak zupełnie anonimowy, za którym nikt się nie wstawi”.
Bożena nie uważa, że nauczycielki w szkole bliźniaczek są jakoś szczególnie źle nastawione do uczniów. "One po prostu nienawidzą, kiedy dzieje się coś nietypowego, bo to je wybudza z letargu” - mówi. "Jakakolwiek szczera rozmowa o problemie jest niemożliwa”. Bożena o tym wie, ponieważ raz próbowała. Nauczycielka, która uczyła matematyki w klasie jej córek, nie umiała niczego wytłumaczyć dzieciom. Ich zaległości z matematyki rosły lawinowo. Część rodziców płaciła korepetytorom. Pozostali, którzy nie mieli na to pieniędzy, postanowili się zbuntować. Bożena jako ta, którą nauczycielki znają i lubią, miała przedstawić problem. "Odnosiłam wrażenie, że mówię do istot z innego świata” - wspomina Bożena. "Wszystko nam się wydawało - że pani źle tłumaczy, że pani na sprawdzianie daje zadania z wcześniej nieprzerabianego materiału, że ocenia wyjątkowo surowo. Wyszło na to, że nasze dzieci to banda matołów, które się nie uczą”.
Bożena nie przeniosła dzieci do innego gimnazjum, płaci za korepetycje i ma nadzieję, że liceum, które wybrały jej córki, jest lepszą szkołą. Zdaniem doświadczonego psychologa, Bożena popełniła błąd. „Czasem rzeczywiście nic nie da się zrobić” - mówi Dorota Sarapata, psycholog.
"Są złe szkoły, ze złą atmosferą i obojętnymi nauczycielami. Nie ma sensu walczyć. Należałoby zabrać dziecko z takiej szkoły. Zarówno rodzice, jak i nauczyciele powinni takich placówek unikać. To jedyny sposób, by wymusić zmiany”. Rodzice powinni dążyć do zmian. Podstawą jest rozmowa - zdarza się, że nieporozumienia wynikają ze złej komunikacji. Warto pamiętać, że większość nauczycieli pracuje w tym zawodzie, bo lubi młodzież.
Rodzic trudniejszy od dziecka
Anna Skubisz i Magdalena Gumienny pracują w jednym z renomowanych wrocławskich liceów. Obie są młode, pełne zapału i lubią młodzież. I jeśli zdarzają się konfliktowe sytuacje w szkole, próbują je rozwiązać. "Rodzice to taka trudniejsza wersja uczniów" - uważają obie panie.
"Nie wiedzą, jak nauczyciele denerwują się przed wywiadówkami” - mówi Anna Skubisz. "Jak starannie się do nich przygotowują. Ja piszę plan zebrania. A już najtrudniejsza jest pierwsza wywiadówka w nowej klasie. Trzeba np. wybrać trójkę klasową. W takiej sytuacji rodzice chowają się pod ławki”. "W rodzicach włącza się uczeń” - przyznaje Magda Gumienny. "Siedzą po drugiej stronie biurka, w za ciasnych ławkach, często starsi od nauczyciela. Przychodzą do klasy z przekonaniem, że nauczyciel to jest ten, z którym trzeba trochę powalczyć. A my tak naprawdę chcemy dla uczniów jak najlepiej. Oczywiście wśród nas też zdarzają się osoby, które nie powinny pracować w szkole. Ale my potrafimy się porozumieć z korzyścią dla młodzieży. Jeśli jakiś nauczyciel krzywdzi dziecko, to rodzic powinien pójść do wychowawcy albo pedagoga, żeby to on z tym nauczycielem porozmawiał”.
Nauczycielom najbardziej zależy na tym, żeby rodzice od czasu do czasu przychodzili do szkoły. Byli bardziej aktywni. "To bardzo ważne, by pojawiać się na wywiadówkach” - potwierdza Bożena. "Jak nie przychodzisz, to znaczy, że nie interesujesz się dzieckiem. I nie ma wymówek, że masz pilne spotkanie w pracy. W mojej szkole to najgłupsze tłumaczenie”.
Trudny klient
Tymczasem rodzice nie przychodzą do szkoły, bo nie czują się w niej traktowani jak partnerzy. Dorota Sarapata, psycholog i wykładowca w jednej z wrocławskich szkół wyższych, prowadzi ćwiczenia dla przyszłych pedagogów. Przyznaje, że jednym z bardzo istotnych elementów tych ćwiczeń jest rozmowa z tak zwanym trudnym klientem. A tym trudnym klientem jest właśnie rodzic.
"Rozpracowujemy technikę powiadamiania rodziców na przykład o tym, że ich dziecko jest agresywne” - mówi Dorota Sarapata. "Są reguły, których powinno się przestrzegać. Przede wszystkim nie należy rozmawiać w korytarzu, tylko w pokoju, w którym nie ma innych osób. Lepiej prowadzić rozmowę na siedząco niż na stojąco. Rodzicowi najpierw przedstawia się kilka dobrych informacji o jego dziecku, a następnie mówi się o problemie w sposób konkretny. Nauczyciel czy pedagog nie powinien pouczać rodzica, jak ten problem rozwiązać. To zadanie dla rodzica. Bo szkoła nie jest od wychowywania. To obowiązek rodziny”.
Tyle teoria. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej - nauczyciele komunikują rodzicom najgorsze rzeczy o ich dzieciach w korytarzu, przy innych ludziach, w biegu. "Czy wieloletnie obcowanie z młodzieżą pozbawiło nauczycieli elementarnej wrażliwości?” - zastanawia się Anna, matka 14-letniej Zuzanny. "Rozumiem, że bezustanne przebywanie z gimnazjalistami może prowadzić do tego, że człowiek ma wrażenie, że żyje w środku dżungli i jak czegoś nie wykrzyczy, to do rozmówcy to nie dotrze. Ale nauczyciele są dorośli i powinni odróżniać rodziców od małolatów”. "Kiedy moje dziecko poszło do gimnazjum, nie miałam wątpliwości, że muszę pójść na pierwsze zebranie” - mówi Anna. „Zresztą obiecałam sobie, że nie opuszczę żadnej wywiadówki, zgłoszę się do trójki klasowej i będę współpracować ze szkołą. Na pierwszym zebraniu była mowa o tym, że niektóre dzieci chodzą do szkoły zbyt ekstrawagancko ubrane. Dredy, kolczyki… A potem wychowawczyni wyczytała listę rodziców, którzy mają zostać po wywiadówce, bo ona chce z nimi omówić problemy wychowawcze. Byłam w tej wyczytanej grupie. Reszta rodziców, tych niewyczytanych, patrzyła na nas z politowaniem. Zarzut w stosunku do mojej córki był taki, że nosi dredy. Zuzanna jest dobrą uczennicą i grzecznym dzieckiem. Zgodziłam się na dredy pod warunkiem, że będzie miała dobre stopnie i wzorowe zachowanie. Ale wychowawczyni potraktowała moje dziecko jak podejrzany element. Przy czym panny w dresach, z mocnym makijażem i ze złymi stopniami wcale nie były w tym gimnazjum podejrzanym elementem. To byli tzw. normalsi. Mam wrażenie, że to było dla nich zło oswojone. Zastanawia mnie, dlaczego wychowawczyni tak łatwo wydała opinię, ona te dzieci znała dopiero miesiąc, a już pouczała rodziców, jakie błędy popełnili”.
Anna na wywiadówki już nie chodzi. Zostawiła Zuzi prawo wyboru - czy chce mieć dredy i kłopoty, czy normalne włosy i święty spokój. Zuzia wybrała dredy. Nauczyciele jakoś się do nich przyzwyczaili i Zuza nie narzeka na złe traktowanie. Tylko jej matka nie ma już ochoty na kontakt ze szkołą.
"Wiem, że mówi się o mnie, że jestem jednym z niezainteresowanych dzieckiem rodziców, którzy nie chodzą na wywiadówki” - mówi Anna. "Ale nikt nie będzie drugi raz mnie wyczytywał i stawiał w grupie tych gorszych”. Rodzice często zapominają, że nauczyciel może pomóc - nie wychować, ale wesprzeć rodzicielskie wysiłki. Nawet jeśli nasze dziecko jest trudne, agresywne, ma problemy psychiczne, nie może zaistnieć w grupie - nie wolno z niego rezygnować.
"To był trudny uczeń” - opowiada o swoim wychowanku Iza Turczyn, psycholog w jednym z wrocławskich gimnazjów. "Bardzo zdolny, inteligentny chłopak, ale miał duże trudności w kontaktach z grupą. Klasa nie potrafiła zaakceptować jego inności”.
Dochodziło do przemocy
Iza Turczyn nie chce mówić o szczegółach. Niektóre są drastyczne. Ale chętnie opowie o mamie chłopca, która wraz z nauczycielami tej szkoły potrafiła łagodzić wszystkie konflikty. "Mama znała swoje dziecko, wiedziała, jakie sprawia problemy, nie ukrywała ich, tylko prosiła nas o pomoc” - opowiada Iza Turczyn.
"Kiedy sytuacja się zaostrzała, chłopak nie przychodził przez kilka dni do szkoły za zgodą i wiedzą nauczycieli, żeby wyciszyć emocje. Mama i wychowawca byli w ciągłym kontakcie. Razem stworzyli silny front, który widocznie był chłopcu potrzebny, ponieważ skończył szkołę szczęśliwie.
"Rodzice zapominają, że nauczyciel jest osobą, która jest w stanie im pomóc” - mówi Anna Skubisz. "Im się wydaje, że od razu trzeba uderzyć wyżej, nawet nie do dyrektora tylko od razu do kuratorium. My znamy każdego ucznia, dla pracowników kuratorium to anonimowa jednostka. Każdą sprawę można załatwić, tylko trzeba porozmawiać”.
Zobacz w nim człowieka
Karina, mama dwójki dzieci, jest jednym z niewielu rodziców, którzy nie mają do grona pedagogicznego większych zastrzeżeń. Jest osobą, która z nauczycielami rozmawia, nie boi się ich i wierzy w to, że w trudnej sytuacji mogą pomóc. "Wiem, że są konflikty między rodzicami a nauczycielami” - mówi Karina.
"Ja będę broniła nauczycieli, bo wydaje mi się, że większość rodziców nic nie robi, tylko wymaga. Dzieciaki potrafią zachowywać się w szkole naprawdę paskudnie, są niegrzeczne, nikogo nie słuchają. A rodziców nie interesuje zachowanie ich pociech w szkole. Albo uważają złe zachowania za pozytywne. Słyszałam, jak jeden z rodziców wygłosił tyradę, z której wynikało, że on wychowuje dziecko tak, a nie inaczej, bo chce, żeby zostało prezesem. Jego syn ma być silny, a nie tłamszony przez inne dzieci lub panią”.
Karina nie obraża się na tych, którzy zwracają uwagę jej dzieciom. Jeśli coś takiego się zdarzy - rozmawia z nauczycielem i stara się wyjaśnić problem. "Miałam takie szczęście w życiu, że nie spotkałam złego nauczyciela, który by mi przeszkodził w wychowywaniu dziecka albo to utrudniał” - mówi Karina. "Jeśli miałam problem, to nauczyciel mi pomagał. Moje dziecko ma kłopoty z gramatyką języka polskiego. Polonistka znalazła wolną godzinę i doucza mojego syna za darmo. Dla mnie to jest naprawdę wielka pomoc, ponieważ za korepetycje zapłaciłabym około 40 złotych za godzinę”. Syn Kariny nie jest jedynym uczniem, któremu nauczyciele w tej szkole pomogli. "W szkole mojego syna był dzieciak z patologicznej rodziny” - opowiada Karina.
"Matka pije, ojciec w więzieniu, dziecko wychowuje babcia. Chłopiec jest łobuzem, a w dodatku jest nadpobudliwy. Wszyscy rodzice byli za tym, żeby to dziecko wyrzucić ze szkoły, żeby gdzieś je oddać, byle nie chodził do klasy z ich dziećmi. Nauczyciele postanowili, że zrobią mu w szkole indywidualny tok nauczania. I już przez kilka lat jest on w ten sposób prowadzony. Uczy się, zamiast wystawać przed budką z piwem. Czuje, że jest akceptowany przez tych nauczycieli, stara się nie tylko dla siebie, ale także dla nich”. Czasem lepiej uciec Niestety, nie każdemu nauczycielowi zależy. Są ludzie, którzy nie powinni trafić do tego zawodu. Są szkoły, w których uczniowie nie mogą się czuć bezpiecznie. Wtedy nawet największa otwartość rodzica i jego dobre chęci na nic się nie zdadzą.
"Przed naszym gimnazjum rejonowym dealerzy stoją niemal oficjalnie” - mówi Beata. "Wyrośnięci uczniowie palą papierosy przed pokojem nauczycielskim. Nikt nie zwróci im uwagi, bo nauczyciele po prostu się ich boją. Młode nauczycielki są narażone na niewybredne zaczepki ze strony tych wyrostków. Moja córka jest w piątej klasie szkoły podstawowej. I byłam przerażona na myśl, że za rok będzie się tam uczyć. Nie stać mnie na czesne w prywatnej szkole. Ale kiedy ostatnio Paulina zapytała mnie, czy ona też będzie mogła sobie przefarbować włosy na blond, gdy pójdzie do gimnazjum, postanowiliśmy z mężem wziąć pożyczkę, żeby mogła się uczyć w odpowiedniej szkole” - mówi zdesperowana Beata.












































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!