Mirek Iwańczyk z Biłgoraja: 10 lat, czwarta klasa, w szkole spędza sześć godzin dziennie na lekcjach i kilka na zajęciach pozalekcyjnych. "Wszystkie są tak ciekawe, że nie chciałbym żadnych opuszczać - opowiada. "Chodzę na kółko informatyczne, plastyczne, na piłkę, tenis, basen, należę też do zuchów, no i jestem ministrantem".

Mirek do domu wraca o godz. 20. Jak mówi, nikt nie zmusza go do dodatkowych zajęć. "Dopóki chodzi na nie chętnie, nie grożą mu objawy dziecięcego przeciążenia. Kiedy jednak rodzice mają zbyt wygórowane wymagania, to taka presja, stres, brak oddechu może doprowadzić do załamania" - mówi DZIENNIKOWI dr Mirosława Huflejt-Łukasik, psycholog społeczna.

W szkołach przybywa przedmiotów. "Kiedyś nie było informatyki czy podstaw przedsiębiorczości" - mówi Jolanta Zabrodzka, dyrektorka zespołu szkół społecznych "STO" w Gdańsku. Uczeń podstawówki spędza na lekcjach średnio pięć godzin dziennie, gimnazjalista siedem. Kiedy dodać do tego liczne zajęcia pozalekcyjne i odrabianie lekcji, czasu zostaje tylko na sen. "Często zdarza się, że to dzieci nie mają czasu dla rodziców, bo to one pracują ciężej i dłużej" - mówi Mirosława Huflejt-Łukasik.

Zapracowane dziecko może nie podołać temu, co zrzucają na jego barki rodzice i szkoła. Psycholodzy ostrzegają: takie wychowanie zamiast doprowadzić pociechy na dobre uczelnie i wysokie stanowiska, może skończyć się pracoholizmem i zawałami serca. "Moja 9-letnia córka całe popołudnia spędza na odrabianiu lekcji" - skarży się DZIENNIKOWI Andrzej, ojciec dwójki dzieci. "Aż przykro patrzeć, jak próbuje sprostać wymaganiom".

Czy autorzy szkolnych programów zarzucili dzieci nadmiarem zajęć? "W porównaniu z tym, co było 10, 20 lat temu liczba godzin lekcyjnych drastycznie nie wzrosła" - zapewnia starsza wizytator Barbara Zatorska z Kuratorium Oświaty w Poznaniu. Zmieniły się za to wymagania. Podręcznik Mirka Iwańczyka do matematyki ma 312 stron, do tego ćwiczenia i zeszyty. Książka do języka polskiego - 292, a do historii - 185. Kiedy podliczyć tylko te najważniejsze, uzbiera się tysiąc stron do pamięciowego opanowania. "Ja nie miałam tak ciężko" - mówi Marianna, mama Mirka.

Jakie jest więc wyjście? Przecież rodzice w trosce o zdrowie psychiczne dziecka nie mogą zniechęcać go do nauki. "Trudno znaleźć dobre rozwiązanie" - mówi DZIENNIKOWI Jolanta Zabrodzka. "Szkoła musi przygotować dzieci do trudnych i obszernych egzaminów. Przecież na koniec gimnazjum zdaje się nawet osiem przedmiotów". Te egzaminy to prawdziwe kobyły. Rodzice oczekują, że szkoła przygotuje je do tego.

"Z jednej strony dzieci powinny poświęcać więcej czasu rodzinie i przyjaciołom, z drugiej ważne są języki, sport i nauka szykujące do przyszłych egzaminów" - przyznaje Mirosława Huflejt-Łukasik. Jedyne rozwiązanie to podchodzić do tego rozsądnie, z wyczuciem. "Trzeba obserwować dziecko i nie dokładać mu dodatkowych obowiązków, kiedy ma problemy z podstawowymi" - mówi Czesław Michalczyk, psycholog i psychoterapeuta. "Każde rozwija sie swoim tempem i to do tego trzeba dostosować nasze oczekiwania wobec niego".



KATARZYNA SKRZYDŁOWSKA-KALUKIN: Czy dzieci są przeciążone nauką?
CZESŁAW MICHALCZYK:
Tak. Fizycznie nie dają sobie rady z nadmiarem obowiązków. W szkole wciąż przybywa wiedzy, którą muszą sobie przyswoić, a nie przybywa przecież potencjału, którym dysponują ludzkie mózgi. Szkoła nie eliminuje z programów nauczania tego, co zbędne, a dokłada nowe rzeczy. Po co dzieci mają się uczyć szczegółowo o setkach wojen średniowiecznych? Ich podręczniki są dwa razy grubsze od tych, z których ja się uczyłem, bo doszły jeszcze przecież nowe wydarzenia. Szkoła przeciąża dzieci materiałem, rodzice dodatkowymi zajęciami, a potem trafiają do mnie na kozetkę.

Jak się zachowuje przeciążone dziecko?
Jest rozdrażnione, kapryśne, ma ble głowy, brzucha.

Czy to groźne dla zdrowia? Jak długo trwa terapia takiego dziecka?
Czasami wystarczy jedno spotkanie. I to z rodzicami, bo gdy chodzi o dzieci, to zajmujemy się rodzicami. Powinni zmodyfikować swoje oczekiwania. Uważnie obserwować, z jaką energią dziecko oddaje się kolejnemu zajęciu. Jeżeli robi to z ociąganiem, radzimy zrezygnować. Tłumaczymy, że dorośli też źle funkcjonują, kiedy za dużo na siebie wezmą. Ale dorośli mogą powiedzieć "nie". A dziecko nie odmawia rodzicom, tylko reaguje objawami nerwicowymi. Kiedy pozwolimy mu zwolnić, zrobi się radosne, objawy przeciążenia miną.

A jeśli nie zwolni? Jakie będą konsekwencje?
Zauważyłem, że im bardziej wykształceni pacjenci, tym większe mają braki osobowościowe. Z książek wiele można się nauczyć, ale na pewno nie kontaktów interpersonalnych i relacji z ludźmi. Człowiek, który tego nie umie, ma problemy ze znalezieniem partnera życiowego, a nawet pracy, bo nie radzi sobie na rozmowie kwalifikacyjnej, choć jest bardzo mądry i doskonale przygotowany do zawodu. Już tak jest, że dziecko musi się czasami pobawić z rówieśnikami, a student posiedzieć w pubie.

A jeśli tego nie robi?
Dziecko, któremu nie dostarcza się wciąż gotowych bodźców, samo ich szuka i wtedy znajduje przyjaciół. A jeśli nie umie sam sobie poradzić z uczuciem nudy, może też tego nie umieć w dorosłości. I w chwilach wolnych może na przykład zacząć pić, bo nie będzie umiało być same ze sobą. To oczywiście skrajna konsekwencja. Jednak jest to przykład na to, że paradoksalnie chcąc umożliwić dziecku jak najlepszy rozwój, możemy go zahamować.

Czesław Michalczyk jest psychologiem i psychoterapeutą