30 maja odbędzie się Dzień Rodzicielstwa Zastępczego. Z tej okazji w ośrodkach adopcyjno-opiekuńczych w Warszawie odbywają się dni otwarte: w piątek w godz. 8-19 w Publicznym Ośrodku Adopcyjno-Opiekuńczym przy ul. Nowogrodzkiej 75 i w Ośrodku Adopcyjno-Opiekuńczym TPD przy ul. Szpitalnej 5/6, w sobotę w godz. 11-16 na terenie ośrodka ZG TPD "Helenów" w Międzylesiu, a w poniedziałek w godz. 9-18 w Katolickim Ośrodku Adopcyjno-Opiekuńczym przy ul. Grochowskiej 194/196.

PAP rozmawiała z Andrzejem Jabłczyńskim, który z żoną od blisko czterech lat prowadzi rodzinę zastępczą o charakterze pogotowia rodzinnego. Wychowywało się w niej już 11 dzieci.

Co zdecydowało, że razem z żoną postanowiliście państwo zostać rodziną zastępczą?

Wojciech Jabłczyński: Pracowałem jako menedżer - kierownik grupy specjalistów. To była dobra praca, ciekawa, wciągająca. Mieliśmy troje dzieci, żona - magister farmacji - była w domu. To była dla nas wspaniała sytuacja: jedno dobrze zarabiało, drugie dobrze opiekowało się domem i domownikami. Mamy duży dom pod miastem. Mieliśmy po 42 lata i chęć do nowości. Przyszło nam do głowy, że jeśli coś chcemy zmieniać, to właśnie teraz. Po kilkunastu latach pracy dla sukcesu i kasy, aby utrzymać rodzinę, przyszła myśl o wyższych motywach. Postanowiliśmy: żona idzie do pracy, ja do opieki. Skoro po tak intensywnej pracy zawodowej i doświadczeniach w kierowaniu zespołem mam być w domu, to mogę mieć więcej dzieci. Postanowiliśmy zostać rodziną zastępczą.

Jak to w praktyce wygląda?

Jesteśmy zawodową rodziną zastępczą o charakterze pogotowia rodzinnego. Trafiają do nas np. dzieci, których rodzicom sądy ograniczyły prawa rodzicielskie. Dziecko spędza z nami jakiś okres, np. rok, by w tym czasie można było pomóc jego rodzicom. Bywa, że są to dzieci z rodzin patologicznych, ale też często z rodzin dysfunkcyjnych, których rodzice nie radzą sobie w społeczeństwie, nie potrafią zadbać o zdrowie, edukację dzieci, wyżywienie. Idea jest prosta: dziecko, które nie jest chore, nie jest przestępcą, któremu po prostu coś się przytrafiło, trafia do nas, by można było w tym czasie mu pomóc.

Czy to trudne?

Dzieci nigdy nie chcą odejść od swoich własnych rodziców, więc jest trudno. Później jest moment, kiedy opadają te pierwsze emocje, i można przekonać dziecko, że możemy być razem i że jest ono u nas po to, by mu pomóc. Jak rodzice są blisko nas, pomagają nam - to przestaje być trudne. Dzieci zaczynają żyć, normalnie funkcjonować i widzą, że jest inny wzorzec rodziny, niż miały do tej pory, np. w którym oboje rodzice są alkoholikami.

Czy to, co robicie dla dzieci, daje satysfakcję?

To daje ogromną satysfakcję, większą niż bycie w biznesie. Bycie w biznesie pozwala na coroczne, czy cokwartalne osiąganie jakichś celów. Tu jest pomoc, spełniamy się. Jesteśmy dumni, że robimy coś dla innych. By zostać rodziną zastępczą, trzeba mieć zamkniętych kilka spraw: mieszkanie, ustawioną sytuację finansową. Kiedy doszliśmy do tego etapu, kiedy ułożyły nam się sprawy materialne, a zawodowe doprowadziliśmy do określonego etapu, to można było rozpocząć nowe życie. Spełniliśmy marzenia o pomaganiu.

Rozmawiała: Katarzyna Rumowska