Przeszedł piekło getta warszawskiego, potem Powstania... Czy po takich doświadczeniach można jeszcze kochać życie? Trzeba. Zawsze powtarzał, że to ono właśnie jest najważniejsze. Kiedy autorzy wywiadu-rzeki zapytali go, co trzeba robić, gdy w życiu jest ciężko, usłyszeli: "Nie zwracać na to uwagi. Iść dalej. Jeżeli wiesz, co jest dobre, a co złe, to po prostu idziesz swoją drogą. (...) Nie chodzi o to, aby iść do celu, chodzi o to, by iść po słonecznej stronie. Ale przecież dla każdego słońce jest gdzie indziej."

KOCHAŁ KOBIETY, Z WZAJEMNOŚCIĄ

Nie ulega wątpliwości, że on zawsze starał się iść tą jasną stroną. Wiadomo, że kochał kobiety, lubił z nimi przebywać, dzielić obowiązki... Czy to w szpitalu w Łodzi, w którym wiele lat pracował, czy w opozycji - zawsze były koło niego. Powiedział kiedyś: "W życiu to ja lubię kawior i ładne dziewczęta".

A na pytanie, co działo się z nim po wojnie, z właściwą sobie przekorą odpowiedział: "Jak to, co działo się ze mną po wojnie? Miałem dwadzieścia pięć kochanek, co drugi dzień inną, no i co tu będę opowiadał". Jak zwykle - żartował. Miał w getcie narzeczoną, Stasię (Rywkę Rozensztajn). Już po wojnie, gdy Stasia wylądowała w Ameryce, mówiła o Marku: "Wszyscy na nim polegaliśmy. Siedzieliśmy w domu i czekaliśmy (...) aż przyniesie bańkę zupy. Nie musieliśmy się o nic bać, bo wiedzieliśmy, że Marek wszystko załatwi"

Ale ożenił się z inną, już po wojnie... Jego żona to także wyjątkowa postać. Alina Margolis-Edelman była uczennicą szkoły pielęgniarskiej w getcie i pracowała jako pielęgniarka w szpitalu dziecięcym. Była także łączniczką Żydowskiej Organizacji Bojowej po aryjskiej stronie, walczyła w Powstaniu Warszawskim. W 1945 roku zamieszkali w Łodzi, bo tam przed wojną mieszkała Alina. W 1968 roku, po antysemickiej nagonce, Margolis zmuszona była wyjechać z Polski do Francji. Tam zaangażowała się w działalność organizacji "Lekarze bez granic". Zmarła w 2008 roku w Paryżu.

DLA NIEGO POWSTANIE CIĄGLE TRWA

Gdy Edelman dostał od redakcji "Tygodnika Powszechnego" Medal Świętego Jerzego, Jacek Kuroń napisał: "O Marku Edelmanie można wygłosić dwa, wydawałoby się sprzeczne sądy. A oba są prawdziwe. Bo z jednej strony jest człowiekiem nadzwyczaj zaangażowanym we współczesność. (...) Z drugiej - wciąż jest dowódcą powstania w getcie warszawskim. To powstanie dla niego trwa."

Mówiono o nim, że stawiał przed innymi twarde wymagania. Że podczas powstania był bezwzględny i potrafił działać na zimno wtedy, gdy wszyscy inni juz stracili nadzieję i szli pokornie na śmierć. Ale jaki miał być? Robił swoje, nie zważając na konwenanse, do których miał stosunek, łagodnie mówiąc, dość specyficzny.

Mawiał, że gdy chce się poznać drugiego człowieka, to trzeba mu w trudnej sytuacji "dać głowę do koszyka". Jeśli - mimo potencjalnego niebezpieczeństwa - zgodzi się tę głowę przenieść - to można na nim polegać. "Trzeba mieć dużo zaufania do ludzi, z którymi idziesz tą samą drogą. To jest zasadnicza rzecz. Jak nie masz zaufania, to znaczy - jesteś sam."

A on sam nigdy nie był.