Z Ingrid Betancourt spotykamy się w małej kafejce w paryskiej Dzielnicy Łacińskiej. Paryżanie zaczęli już robić świąteczne zakupy. "Kocham tłumy" - mówi Betancourt. "Jestem zachwycona, że ludzie zajmują się małymi codziennymi sprawami. Jestem zachwycona, że po sześciu latach tortur ludzie mnie pozdrawiają i chcą zrobić sobie ze mną zdjęcie".

"Le Monde" napisał o niej, że jest "belle, fragile et forte, en meme temps" (piękna, krucha i jednocześnie silna). Betancourt, francusko-kolumbijska polityk, w 2002 r. została porwana przez partyzantów z Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii (FARC). Przez 6 lat przetrzymywano ją w dżungli, w lipcu wyszła na wolność dzięki niezwykłej operacji. Spotkanie z rodziną na lotnisku w Bogocie było zwieńczeniem długiej międzynarodowej kampanii. "Nie znam innego przypadku, kiedy jedna osoba odegrałaby w stosunkach międzynarodowych taką rolę jak Ingrid" - zapewniał Pierre Vimont, ambasador Francji w USA. Mąż Betancourt zrzucał z samolotu ulotki z apelami i jej zdjęciami, jeździł po informacje od wioski do wioski. Z kolei nastoletnia córka Melanie organizowała wiece pod paryskim Łukiem Triumfalnym, by Francuzi nie zapomnieli o uwięzionej.

47-letnia obecnie Ingrid Betancourt Pulecio urodziła się w Bogocie i wychowywała w środowisku francusko-latynoskiej elity w Paryżu. Jej życie uległo zmianie w 1989 r. po zamachu na liberalnego polityka kolumbijskiego Carlosa Luisa Galana, który głośno mówił o powiązaniach rządu z kartelami narkotykowymi. Jej matka Yolanda Pulecio, Miss Colombia oraz aktywny członek środowiska politycznego Galana, była na wiecu, podczas którego został zamordowany. Ona także mogła stracić życie. Betancourt postanowiła wrócić do Kolumbii i włączyć się w tamtejsze życie polityczne. W 1994 r. dostała się z listy liberalnej do Izby Reprezentantów, a cztery lata później uzyskała najwięcej głosów ze wszystkich kandydatów w wyborach do senatu. W 2002 r. wystartowała w wyborach prezydenckich i zapowiedziała w kampanii ofensywę przeciw kartelom narkotykowym, z którymi sprzymierzył się FARC. "W niewoli czułam się porzucona przez wszystkich oprócz rodziny i sympatyków, ponieważ politycy ze wszystkich ugrupowań nie życzyli sobie mojego uwolnienia. Cały establishment był wrogo do mnie nastawiony" - opowiada dziś.

Z nieznanego w nieznane

23 lutego 2002 r. Betancourt pojechała agitować w południowej spornej strefie San Vicente del Caguan. Została zatrzymana na punkcie kontrolnym FARC i uprowadzona wraz z 15 innymi osobami, m.in. amerykańskimi przedsiębiorcami oraz kolumbijskimi policjantami i żołnierzami. W niektórych wspomnieniach z niewoli czytamy o nawiązywaniu kontaktu z porywaczami, rozmowach o wspólnych zainteresowaniach, żartach... W przypadku Betancourt "jakakolwiek komunikacja była zakazana. Byłam zupełnie sama".

Ta samotność jeszcze się pogłębiła, kiedy zakładniczka przeczytała w gazecie, że jej ojciec zmarł na chorobę układu oddechowego spowodowaną zapewne rozpaczą po porwaniu córki. "Noszę w sobie głosy całej mojej rodziny, które towarzyszyły mi w dżungli, ale własny głos w tamtym momencie straciłam. Dotarłam do granic pustki i rozpaczy" - wspomina.

Przez sześć lat spędzonych w niewoli Betancourt nigdy nie była pewna, czy dożyje końca dnia. Wraz z innymi zakładnikami trzymano ją w bazach z drewna i liści palmowych. Co jakiś czas zmieniali miejsce pobytu, maszerując gęsiego przez dżunglę przy temperaturze przekraczającej 40 stopni. Z nieznanego w nieznane. "Musiałam pytać o zgodę na każdą, nawet najbardziej błahą czynność: pójście do toalety, porozmawianie z innym zakładnikiem, umycie zębów, użycie papieru toaletowego. Wszystko trzeba było negocjować. Jeśli wyczuwali opór, odmawiali. Byłam dla nich symbolem wszystkiego, czego nienawidzili" - kobieta o francuskich korzeniach, wykształcona, pochodząca z uprzywilejowanego środowiska.

Pięć razy uciekła w nocy poza obóz. "Cóż to była za radość, być daleko od strażników! Spać pod gwiazdami zamiast w chacie albo pod liśćmi! Ale po każdej takiej eskapadzie tortury się nasilały. Po pierwszej próbie ucieczki zakuli mnie na noc, później także na dzień. Raz stałam przez trzy dni i noce przykuta za szyję do drzewa. Jedną z kar było naprawianie siatek i pasów na amunicję" - mówi. Z używanego do tego sznurka Betancourt zrobiła sobie różaniec. "Do dzisiaj noszę go przy sobie."

Istnieje wiele badań nad strategiami przetrwania stosowanymi przez osoby porwane, relacji więźniów obozów koncentracyjnych bądź osadzonych w pojedynczej celi. Wszyscy twierdzą, że liczy się wewnętrzna walka o przetrwanie. Niektórzy wpadają w syndrom sztokholmski: odczuwają sympatię wobec porywaczy. Co robiła Betancourt? "Na początku miałam swoją osobowość, życie, potem jednak przyszło zrozumienie, że muszę nauczyć się wszystkiego od nowa. Zaczęłam zadawać podstawowe pytania: kim tutaj jestem? Zajrzałam w siebie i zobaczyłam, że mam mojego Boga i moją godność."

Z opowieści innych zakładników wynika, że była dla nich opoką, pomagała im zachować godność. Przez jakiś czas uczyła ich francuskiego i tekstu Marsylianki. John Frank Pinchao, kolumbijski policjant, który wcześniej wyszedł na wolność, mówi: "Ingrid nigdy nie płacze. Jest na to za silna". "Może byłam opoką dla innych, ale oni byli z kolei dla mnie. Setki razy radziłam się ich, nauczyli mnie, jakie gesty mogą ułatwić, a jakie utrudnić nawiązanie kontaktu ze strażnikami, zdobycie kawałka papieru toaletowego czy szczoteczki do zębów. Kiedy nie należy nic mówić i robić" - odpowiada na to Betancourt.

Pozwolono jej słuchać radia, z którego dowiedziała się o apelach swojej matki o jej uwolnienie. "Te słowa, głos, przypominały mi o niej, a tym samym o tym, kim jestem. Uświadamiały mi, jaka jestem samotna w całkowicie męskim świecie."

Jej uwolnienie ucięło spór między zwolennikami szkoły "nigdy nie targować się z terrorystami" a szkołą negocjacji i kompromisu. Twardogłowy prezydent Kolumbii Alvaro Uribe Velez znalazł się pod ogromną presją, nie tylko ze strony otoczenia Betancourt, ale także Stanów Zjednoczonych, które milczą na temat swojego udziału, jednak nigdy go nie wykluczały. Marulanda, lider FARC, zmarł w marcu 2008 r. i schedę po nim przejął Alfonso Cano. Tajne służby zaczęły rozmawiać z dowódcą grupy przetrzymującej Betancourt, podszywając się właśnie pod Cano. "Cesar myślał, że rozmawia ze swoim nowym szefem, którego nigdy nie spotkał" - mówi Ingrid. "Chciał na nim zrobić dobre wrażenie, więc kiedy funkcjonariusz zaproponował, by zabrał zakładników i spotkał się z Cano, zgodził się. Zespół komandosów na pokładzie helikoptera został naprowadzony przez Cesara w pobliże obozu, wysiedli w T-shirtach z Che Guevarą i pomogli zakładnikom oraz Cesarowi wejść do śmigłowca. Tam dowódca i jego ochroniarze zostali rzuceni na podłogę i skuci kajdankami, a porwani usłyszeli: <Jesteście wolni>."

Wybrałam wiarę

Przywilej przeprowadzenia pierwszego po uwolnieniu wywiadu z Betancourt, jeszcze na pokładzie samolotu do Paryża, przypadł w udziale dziennikarzowi "Paris Match". Na pytanie o "powrót do cywilizacji" odpowiedziała: "Przystosowanie się do prahistorii było bardzo trudne, ale przystosowanie się do cywilizacji jest natychmiastowe! Po sześciu latach bez widywania kogokolwiek jestem zachwycona każdym uśmiechem, który widzę."

Od lipca Betancourt odebrała Legię Honorową, spotkała się z papieżem, pojechała na pielgrzymkę do Lourdes i "pisze książkę, bardzo powoli". Poza tym poświęca się rodzinie. "Po prostu chcę być znowu matką, co nie jest takie proste" - deklaruje.

Dochodzimy do najważniejszego punktu naszej rozmowy: dlaczego trauma i rozpacz potrafią sprawić, że ludzie bardziej wierzą w ludzkiego ducha zamiast całkowicie stracić wiarę w niego? "Musiałam podjąć decyzję: albo pójść drogą rezygnacji, albo jakiejś dyscypliny duchowej i wiary. Wybrałam trudniejszą drogę, jednak kiedy już podjęłam tę decyzję, to jakbym dostała skrzydeł. Chciałam patrzeć na wszystko z innej perspektywy. To jest głęboka wiara w Boga i w ludzkiego ducha. I dlatego powrót do cywilizacji jest natychmiastowy. Bo odkąd podjęłam tę decyzję, ta wiara ani na chwilę mnie nie opuściła - ani w dżungli, ani potem."