1. I wtedy, gdy babcia kuchenną szmatką odganiała stadko dzieciaków błąkających się pod drzwiami jadalni. Siedem, osiem, a może dziewięć. Zupełnie nie potrafię sobie przypomnieć, ile nas było. Pamiętam jednak dokładnie cały rytuał, mający na celu przygotowanie pokoju tak, aby aniołek zechciał przynieść tam drogocenne prezenty. Wcześniej listy, pisane, jak najstaranniej, aby mógł odczytać najbardziej koślawe znaczki, jakie mogą stworzyć tylko te małe istoty nazywane dziećmi. "A", które nie było "A". "Kaśka", która nie była "Kaśką", "Proszę", które w żadnym stopniu nie przypominało "proszę". Jęzory na wierzchu i dawać. Ręce umazane pisakami, bo oprócz próśb, należało dołożyć piękną laurkę - kartkę świąteczną. Poobijane kolana, bo najlepiej maluje się na podłodze. Podkasane rękawy i gotowe. Szopki, choinki, aniołki... Staranne kartki złożone w rękach babci, która po dokładnym ich obejrzeniu, schowała je pod grubym wełnianym swetrem.

2. Z pokoju musiały zniknąć wszystkie rzeczy, za wyjątkiem mebli i łóżka. Wszystko należało ułożyć od początku. Najpierw wytrzepać dywan. Później dokładnie go rozłożyć. Stół - wytrzeć blat i wypucować krzesła. Na koniec choinka; ubieranie jej zajmowało z dwie godziny. Nie ma sensu pisać o blasku światełek i o połysku bombek. Lekko naddarte łańcuchy, bo swoje przeleżały. Cukierki. Na koniec babcia wsadziła na czubek złotą gwiazdę. Zuzia przyniosła na rozgrzanej blaszce pachnące pierniki. Już wtedy zaczęło się odganianie nas, zarówno z pokoju, jak i od ciasteczek. To dla aniołka - grzmiała babcia! Dobrze wiedzieliśmy, że ten wyrób, który przez lata doskonaliła mama był również dla dzieci. Aniołek nigdy nie ruszał smakołyku. No może jedno, albo dwa talarki i tyle. A przecież wszystkie były dla niego. Jak mógł nie skorzystać z tak wspaniałej sytuacji? Może mu nie smakowało? Babcia zamknęła ciężkie drzwi, przekręciła klucz, odpędziła nas od zamglonej szybki, która była jedynym sposobem, aby coś ujrzeć. Nie było szans zejść na dwór. Nie w taki mróz, a tym bardziej o tej godzinie. W pokoju lekko uchylone okno. Do łóżek!

3. Pozostało tylko wzajemne przekrzykiwanie się. "Widziałem skrzydełko!" - grzmiał Piotrek. "A ja światło w okienku drzwi" - Zusia nie dawała za wygraną. Każdy miał swoją opowieść. Babcia wyciągała z kieszeni garść białego puchu; znak, że aniołek był. Później pozostawało tylko czekać do Wigilii. Po niej następowałą krótkotrwała radość z rozpakowywania prezentów. Pasterka, a po niej...nikt nie pamięta kiedy padł jak nieżywy, a przepraszam, jak aniołek. Pozostawał tylko puch, papier i wstążeczki po wspaniałych podarkach. No i zapach ciasteczek, który unosił się przez kilka dobrych dni.