14 grudnia

Kamil ma zapalenie płuc. Ma dopiero miesiąc, więc musimy zostać w szpitalu.

21 grudnia

Jest o wiele lepiej. Najgorsze za nami. Powinnam być w domu i gotować, sprzątać, prać... Jednak nie potrafię zostawić go samego. Jest taki mały i bezbronny. Czasem myślę, że ma tylko mnie, choć to nieprawda. Znam go tak krótko, a kocham tak mocno...

24 grudnia

Do końca nie było pewności, czy dostaniemy wypis. Wojtek po nas nie przyjechał, bo nie mógł wyrwać się z pracy. Boże, śnieg padał ze wszystkich stron... Było tak zimno i nieprzyjemnie... Nie opłacało się dzwonić po taksówkę, bo do domu było tylko kilka minut drogi. Poza tym po drodze chciałam kupić prezenty dla Wojtka i Maćka, starszego syna. Opatuliłam, więc Kamilka w wózku, który przywiózł mi dzień wcześniej Wojtek i poszliśmy. W kiosku kupiłam plastikowy samochodzik i cuchnącą wodę po goleniu. Lepsze to, niż nic. Wjechałam na dziewiąte piętro. Przejechałam wózkiem przez wąziutki przedpokój i... stanęłam jak wryta. Chciało mi się wyć. Na meblach gruby na dwa centymetry kurz, kącik Maćka pusty, w lodówce tylko musztarda... Tak bardzo tęskniłam za starszym synem... W szpitalu widziałam go tylko przez szybę, bo nie pozwolono mu do nas wejść. Dotknęłam jej dłonią. Tak bardzo chciałam go poczuć. Choćby przez chwilkę... Spojrzałam na zegarek. Była piętnasta, a ja nie mogłam wyjść po zakupy, bo nie miałam z kim zostawić dziecka. Lekarz zabronił nam jechać z nim gdziekolwiek na święta. Musieliśmy je spędzić w naszej kawalerce. Położyłam Kamila do łóżeczka i rozpłakałam się. Nie wiedziałam od czego zacząć. Nawet choinki nie było. Po tylu dniach w smutnym, szarym i zimnym szpitalu marzyłam o rodzinnych, wspaniałych świętach... Usłyszałam pukanie do drzwi. To była sąsiadka. Przyniosła nam śledzie, barszcz w słoiku i uszka. Tak sama z siebie. Domyśliła się, że nic nie mamy... Wojtek wrócił o siedemnastej. Był z Maćkiem. Kupili po drodze żywą choinkę, pieczywo, soki... Powiedzieli, że w samochodzie mają mnóstwo jedzenia. Teściowa dała..Znowu się rozpłakałam. Do Wigilii usiedliśmy o dwudziestej. Później, niż zazwyczaj, bo w międzyczasie okazało się, że nie mamy opłatka. Dostaliśmy go od sąsiada. Tak dobrze było siedzieć przy stole z rodziną. Wstąpiła we mnie wiara, że choć życie jest trudne, to mu podołamy. Wojtek nagle zmartwił się. Nie miał dla mnie prezentu... Jemu także w ostatnich dniach było ciężko. Całymi dniami pracował, a każdą wolną minutę spędzał w szpitalu... O dwudziestej pierwszej szesnaście Kamil po raz pierwszy uśmiechnął się... To był mój prezent. Lepszego mi nie było trzeba.