W naszym domu klimat świąt tworzyliśmy wszyscy, ale dziś wiem, że Dobrym Duchem była Mama. Otwarta, spontaniczna, wrażliwa i hojna. Zakochana w literaturze, muzyce i filmie. Nasz dom był piękny, bo Ona była Piękna.

Najpierw ja wyfrunęłam z domu na silnych, dorosłych skrzydłach. Daleko. Odtąd moje miejsce przy wigilijnym stole często bywało puste. Po kilku latach wyfrunęła moja młodsza siostra.

Mama zmarła latem. I nasz rodzinny dom się zmienił. W kuchni, salonie i ogrodzie zagościła cisza. Po odejściu Mamy, Tata spędzał święta u mojej młodszej siostry. Miła, radosna atmosfera, dom pachnący choinką i pieczonym ciastem.

A jednak Tata to zmienił. Od kilku lat, już na początku grudnia przywozi prezenty wnukom. Paczki czekają w szafie na odpowiedni moment po wigilijnej kolacji, by dać radość dzieciakom. Tata pojawia się dopiero w pierwszy dzień Świąt.

Co robi w wigilię? Spędza ją tylko z Mamą. I z nami, ale inaczej. Gdy zrobił to po raz pierwszy, niepokój kazał mi zapukać tego dnia do Jego drzwi. I widziałam: w ogrodzie przed domem choinka ubrana w kolorowe światełka, na kominku w salonie ogień. W fotelu, przy lampie i cynamonowej herbacie Tata. Siedział wśród naszych zdjęć. Albumy piętrzyły się wokół, Frank Sinatra śpiewał „My way”, a kotka Midnight spała zwinięta w kłębek na swym ulubionym miejscu.

Tata długo ogląda stare zdjęcia. Później jest czas na stare filmy z Audrey Hepburn. „Śniadanie u Tiffany’ego” to standard. Mama lubiła ten film. Bardzo.

Po TAKIEJ wigilii Tata jest radosny. Śmieje się i bawi z wnukami. Pomaga siostrze w kuchni. Z chęcią chodzi na wspólne spacery z sankami, śnieżkami i lepieniem białego bałwana.

Żyje Przeszłością wśród zdjęć, Teraźniejszością z rodziną i Przyszłością, bo TAKIE Święta dają Mu siłę na cały, kolejny rok.

A że jest mniej tradycyjnie? Cóż… Tak jest najlepiej. Dla wszystkich.