Rozpacz rodziców stawała się coraz większa. Często słyszałam rozmowy, w których ojciec żałował swojej decyzji. Zbliżało się Boże Narodzenie, a my zamiast w ojczyźnie ciągle przebywamy od 9 listopada 1946 roku w wagonach deportacyjnych. Któregoś wreszcie dnia pociąg zatrzymał się w Stargardzie Szczecińskim. Podano informację, że możemy tu zostać. Niektórzy zaczęli opuszczać wagony, inni się wahali. Rodzice, przerażeni jednym wielkim gruzowiskiem, postanowili jechać dalej.

Następnym miejscem postoju z możliwością pozostania było Choszczno. Wyglądamy wszyscy, stoi przynajmniej dworzec, a więc jest się gdzie zatrzymać, może nawet przenocować. Zostajemy, a z nami nieliczna grupa. Zastanawiamy się, co z nami będzie dalej. Ostry mróz szczypie i przecież są święta Bożego Narodzenia. Zostajemy z mamą na dworcu, a tata i bracia idą na rekonesans. Po dłuższym czasie wracają z dobrymi informacjami: znaleźli człowieka, który ma wóz drabiniasty i konie. Obiecuje, że pomoże nam znaleźć jakieś wolne poniemieckie mieszkanie. Wyciągamy pierzyny, lokujemy się wszyscy na wozie i wyruszamy w zimowy wieczór szukać schronienia. Mijamy zburzone Choszczno przykryte białym śniegiem. Jedziemy drogą przed siebie, mijamy oszroniony las. Za lasem widać rozległe pola i wśród pagórków wyłania się przed nami śliczne miasteczko. Z daleka widać trzy jeziora, między nimi domy, ale nie wszystkie zburzone, na środku strzelista wieża i kościół, pokryty czerwoną dachówką.

Dojeżdżamy o zmroku, tuż przy rynku świeci się światło w dwóch oknach na parterze. Pukamy, otwiera nam kobieta z córką. Pytamy, czy mogłaby nas przenocować.

- Tak, nad nami jest wolne mieszkanie, niedawno opuszczone przez Niemców. Możecie wejść.

Jesteśmy zmarznięci, ale radość rozgrzewa nasze serca. Przenosimy pierzyny i nasz skąpy dobytek na górę. Woźnica z ulgą nas tu pozostawia. Dziękując, życzymy sobie wzajemnie, tradycyjnie wesołych świąt. Tata pali w piecu, małe mieszkanko szybko się ogrzewa, jest Wigilia. Łamiemy się chlebem, stojąc na środku pokoju. Potem rozglądamy się po mieszkaniu.

Zachodzę do kuchni, widzę stół, wyciągam szufladę, a tam… niezliczona ilość ciekawych przedmiotów. Najpierw oglądam, a następnie biorę po kolei do ręki linijkę, gumkę, ołówek, a nawet temperówkę, jakieś pudełeczka o niewiadomym przeznaczeniu, w jednym z nich pinezki…Boże znalazłam tyle niezwykłych i wspaniałych rzeczy, a przy tym w takim porządku! Spędziłam przy tej szufladzie kuchennej cały wieczór wigilijny 1946 roku.

Zderzyłam się z nowym światem, który mnie zachwycił. Dotychczas widziałam tylko ciężkie przedmioty: grabie, łopatę, miotłę, nahajkę, pistolet… a najmilszą i jedyną zabawką mojego dzieciństwa była lalka z zielonej butelki. Zafascynowana odkryciem tkwiłam przy tej szufladzie, siedząc na jakimś wysokim stołku, wymachując nogami, aż wyrwał mnie z zamyślenia głos mojej siostry Krysi:

- Anusia, a co ty tu sama robisz?

- Absolutnie, absolutnie nic! - odrzekłam. Stojący za nią brat Józiu zawyrokował:

- Znowu w podróży załapała jakieś nowe słówko!

- Ale polskie! - obronił mnie tata i zgarnął wszystkich do pokoju.

Posiadaliśmy szczęśliwi wokół rodziców i odbyła się pierwsza rodzinna narada w ojczyźnie. Zaczęliśmy marzyć po polsku, a nawet cieszyć, że wyjechało nas z Małyńska siedmioro, a z wojny wróciło ośmioro. Snuliśmy plany na przyszłość. Tato jako pierwszy orzekł, że od jutra będzie szukał większego i lepszego mieszkania. Bracia stwierdzili, że skombinują na złomowisku jakiś rower i pojadą szukać bratanicy ojca i jej męża, z którymi rozdzielono nas po drodze z Niemiec. Dziewczynki pójdą do polskiej szkoły - orzekła mama trzymająca na ręku Helunię i zaintonowała kolędę "Wśród nocnej ciszy …" .