Miał przy niej czuwać mąż, który specjalnie w tym celu wziął urlop, ale w nocy przed pójściem Werci do szpitala rozchorował się. I tak wylądowałam w szpitalu na ogrodowym leżaku przy łóżku mojej córki. Na noc zmieniała mnie teściowa. Poziom adrenaliny miałam tak duży (bałam się tego zabiegu), że nie czułam w ogóle zmęczenia. W wielkim zielonym fartuchu i maseczce na twarzy asystowałam przy usypianiu Werci. Po głowie nieustannie krążyła myśl: ciekawe, co by zrobili, gdybym nagle zaczęła rodzić? Położnictwa nie ma w tym szpitalu… Na szczęście nie urodziłam i już pół godziny później znowu czuwałam przy Werci łóżku, a raczej nosiłam ją na rękach, bo bardzo płakała.

Jakoś przetrwałyśmy te trzy dni i wróciłyśmy do domu, do stęsknionej Klary, która też była przeziębiona. Tak to już jest w naszej rodzinie, kiedy szykuje się jakieś ważne wydarzenie, wszyscy chorują. Kiedy rodziłam Klarcię, Marcin miał zapalenie oskrzeli, Weronika anginę, a ja jakąś infekcję wirusową. Mam nadzieję, że na przyjęcie Antka będziemy zdrowi.

Poczyniłam już pierwsze konkretne przygotowania do porodu. Zrobiłam trzy listy: szpitalną listę dla mnie, osobną dla maleństwa, wreszcie listę niezbędnych zakupów. W przyszłym tygodniu zaczynam od realizacji tej ostatniej. Potem pozostanie pranie ubranek dla Antka, układanie ich w komodzie i pakowanie torby do szpitala.