Mąż, który był akurat w domu, przyglądał mi się z coraz większy niepokojem. Najchętniej zapakowałby mnie do samochodu i zawiózł do szpitala. Ja postanowiłam jeszcze poczekać, licząc na to, że no-spa pomoże. Po pół godzinie ból odpuścił, ale do końca dnia moja wyobraźnia pracowała. Na wszelki wypadek nie ruszałam się już z kanapy, tylko leżałam i myślałam. Przede wszystkim o tym, co grozi dziecku urodzonemu w trzydziestym tygodniu ciąży i do którego szpitala powinnam w razie czego jechać (ten, który wybrałam, przyjmuje tylko porody w terminie).

Im dłużej leżałam na tej kanapie, tym głupsze myśli przychodziły mi do głowy. Z tych najoryginalniejszych: przecież nie mogę urodzić, bo nie mam podstemplowanej książeczki ubezpieczeniowej, nie spakowałam torby do szpitala, nie uprałam dziecięcych ubranek i nie wydałam Marcinowi dyspozycji, gdzie ma szukać ubrań dziewczynek. Antoś chyba uznał zasadność moich argumentów, bo bóle już się nie powtórzyły. Alarm odwołany.

Jednak, żeby nie było tak zupełnie bezstresowo, następnego dnia mąż i Klara budzą się z wysoką temperaturą. Nie chciałam jechać do szpitala, to mam szpital w domu. U Marcina stwierdzono anginę, u Klary silne przeziębienie. Mnie zaczyna boleć gardło, tylko Weronika jest okazem zdrowia. Zapewne dlatego, że tydzień temu sama była przeziębiona i obdarowała tym wirusem resztę rodziny. Boże, byle teraz nie urodzić. Już raz rodziłam z infekcją i temperaturą, nic przyjemnego…