Klient musi być zadowolony. Szczególnie, jeśli nie ma wcale gwarancji, że jeszcze kiedyś do nas wróci. W krajach, gdzie prostytucja jest legalna i biznes erotyczny można na wskroś prześwietlić, tradycyjne burdele, radzą sobie coraz gorzej. Jak każdą dziedzinę przemysłu czy gospodarki, dotknął je kryzys ekonomiczny.

Liczba klientów znacznie spadła, a utrzymanie dziewcząt poszło w górę. Szefowie przybytków rozkoszy postanowili zachować się jak rasowi pijarowcy i przejęli ich techniki radzenia sobie w trudnych chwilach.

PROMOCJE I OBNIŻKI

W Niemczech zaradni erotyczni przedsiębiorcy obcięli ceny standardowych usług, zorganizowali promocje dla seniorów i taksówkarzy, tańsze weekendy. Można też wezwać darmowy transport do burdelu czy kupić tańszą całodzienną wejściówkę – pomysłów jest bez liku.

Hamburski "GeizHaus" jest szczególnie dumny z oferty za 38,5 euro. Jak mówi menadżer salonu, ci klienci, którzy kiedyś przychodzili 2-3 razy w tygodniu, teraz przychodzą 1-2 razy. Obroty spadły o ponad 30 procent – nie można siedzieć i patrzeć na to bezczynnie.

RÓŻOWA BRANŻA PISZCZY

"Nawet dla nas przyszły złe czasy" – mówi Karin Ahrens, menadżerka burdelu "Yes, Sir" w Hanowerze. Pomimo 30-procentowej zniżki na usługi, ich obroty spadły o prawie 50 procent. Ahrens powiedziała Reutersowi: "Zdecydowanie odczuwamy skutki kryzysu. Klienci niechętnie pozbywają się swoich pieniędzy. Boją się. Nie można już dodawać extra opłat za specjalne usługi a jest jeszcze presja, żeby zmniejszyć ceny za standardowe spotkania. Każdy chce zrobić dobry interes. Specjalne promocje to dziś rzecz obowiązkowa".

Menadżer "FKK Villa" mówi, że narzekać zaczęły też pracujące u niego dziewczęta. A wydaje się, że sytuacja ma się jeszcze pogorszyć.

Niektórzy właściciele postanowili na przekór zrobić odwrotnie. Berliński Artemis Club podniósł w styczniu ceny o 10 euro za wizytę, wychodząc z założenia, że na pewnych rzeczach oszczędzać nie wypada, i klienci i tak do niego przyjadą. Takie podejście to jednak wyjątek.

WKŁAD DOMÓW PUBLICZNYCH W EDUKACJĘ

Berlin ma 400 tysięcy profesjonalnych prostytutek. W grupie tej znajdują się zarówno kobiety, jak i mężczyźni. W 2002 roku władze zalegalizowały prostytucję – odtąd korzystające z niej osoby mogą mieć normalne umowy o pracę, kontrakty i reklamować swoje usługi. Mogą też w końcu korzystać z usług służby zdrowia, wpisując w rubrykę "zawód" swoją prawdziwą profesję.

Dochody z zalegalizowania prostytucji są dla rządu znaczące, a idą potem na służbę zdrowia i edukację. Rocznie z podatków różowego biznesu zostaje w Niemczech 14 miliardów euro, dlatego społeczne protesty ucichły.

Jednak prostytucja jest legalna także w Holandii, Austrii, Szwajcarii, w Grecji, Turcji i na Węgrzech. Także w niektórych częściach Australii i w amerykańskim stanie Nevada. W Luksemburgu, Danii, Belgii, Finlandii i na Litwie jest legalna, ale domy publiczne i stręczenie już nie.

Dla Stephanie Klee, prostytutki z Berlina, kwestia obniżek jest oczywista. "Skoro optycy czy sklepy z elektroniką stosują promocje, czemu my mamy tego nie robić" – mówi Klee. W końcu jeśli kiedyś miało się 5-6 klientów dziennie a dziś 1 lub 2, sprawa walki o przetrwanie jest kluczowa.

Inna sprawa, że klienci robią się coraz bardziej bezczelni. Na porządku dziennym zaczyna być wymuszanie niskich cen. "Straciłem pracę. Dasz mi jakąś zniżkę?" – pytają.

Czy najstarszy zawód świata upadnie? Czy jakaś organizacja charytatywna odważy się rozpocząć akcję pod hasłem: "ratujmy upadające domy publiczne"?

Czas pokaże…