Goździk - kultowy kwiat PRL
Goździk, który po upadku Związku Radzieckiego zupełnie zniknął z rynku, dzisiaj powoli wraca do mody. "Ludzie coraz częściej pytają o niego. Najchętniej sięgają po tzw. miniaturkę" - mówi Maria Wolak, kwiaciarka z Dębicy.
- Rajstopy jednorazówki na Dzień Kobiet
- Co o uczuciach mówią kwiaty?
- Kabaretowy goździk na Dzień Kobiet
- Międzynarodowy dzień kobiet
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-02-15

temp. min -14°C max. 3°C
opady:
umiarkowane opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Szczyt popularności goździka przypadł na lata 70. i rządy Gierka. Wtedy, jak wynika z badań prof. Lilianny Jabłońskiej z SGGW, zajmował ponad 70 proc. rynku kwiatów ciętych. I był jednym z głównych produktów, którymi handlowali prywaciarze.
Wiesława Wójcika wylali z pracy pomimo ukończenia studiów inżynierskich. Nie miał poparcia partyjnego. Przez jakiś czas przerzucał węgiel. A potem, w połowie lat 70., wpadł na pomysł, że pójdzie "w goździki". - Na Henryka kupiłem 100 sztuk i stanąłem u nas w Radomiu pod dworcem, sprzedałem wszystkie. W jeden dzień zarobiłem dwie zakładowe pensje - wspomina.
Biznes szybko zaczął się kręcić. Najpierw były noce u cioci Janiny w Warszawie, a potem kilka godzin w pociągu z pudłami pełnymi czerwonych goździków z giełdy koło Hali Mirowskiej. W końcu dorobił się własnego samochodu. Lubił ten biznes. Kiedyś wracał z dziećmi i żoną znad morza. Nudziło mu się, więc po drodze kupił kwiaty. Następnego dnia było Anny, sprzedał wszystko i zarobił na kolejne dwa tygodnie wczasów w Krynicy Górskiej.
Jednak najwięcej kwiatów szło na Jadwigi, Stanisława, no i oczywiście na Dzień Kobiet. Wtedy kupował nawet po 5 tys. sztuk. - Ładowałem kwiaty do fiata 125p. aż po sam sufit, tak że ledwo sam się mieściłem, ale towar szedł jak świeże bułeczki - wspomina. Do samych Zakładów Metalowych dowoził 8 tys. kwiatów.
Mercedes za wiązankę
Bo biznes z goździkami to był pewniak. W Dzień Kobiet towar rozchodził się w półtorej godziny, a ludzie kupowali nawet złamane kwiaty z podłogi. Zaś w mniejszych miejscowościach po 8 marca kwiaciarnie przez tydzień bywały zamknięte. - Nie było już towaru u dostawców - mówi kwiaciarz Wiesław Kaźmierczak z Gliwic.
Ale liczył się nie tylko handel detaliczny. Kwiat ten był potrzebny na wszystkie państwowe imprezy, a Polska była głównym eksporterem goździka do demoludów, przede wszystkim do ZSRR. Rocznie produkowało się u nas blisko 7 mld kwiatów, z czego 20 proc. szło na eksport. Efekt? Nasi kwiaciarze należeli do elity finansowej. - Rzeczywiście, na goździkach można się było się dorobić, jako pierwsi w Radomiu mieliśmy mercedesa - wspomina Irena Gajewska, która wraz z mężem od lat 70. zajmowała się uprawą goździka. Mieli 0,4 ha ziemi pod szkłem, to całkiem sporo, jak na owe czasy. Największe prywatne uprawy miały 1 ha.
Stanisław Kazimierczak, zanim założył kwiaciarnię, pracował w PAN. Kiedy zaczął interes z kwiatami, jego zarobki wzrosły o 100 proc. Ale władza i tak starała się te zarobki regulować. Ceny narzucał państwowy urząd cen i większość trzymała się sztywno zasad. Niektórzy jednak kombinowali. Co było robić, jak ogrodnik sprzedał za 2,50 od sztuki, a nakaz był, aby sprzedawać za 2 zł?
- Jakbym się słuchał, to bym musiał spakować manatki. Sprzedawało się po 3 zł. Ale trzeba było uważać na urząd skarbowy - opowiada Wójcik, ten, który zaczął handlować na Henryka. Raz go złapali, ale jak twierdzi, to była ohydna prowokacja. Wczesnym rankiem, kiedy wyładowywał towar, podszedł facet i błagał o jeden kwiatek, bo bardzo się spieszy. Tłumaczył mu, że musi jeszcze wpisać towar do księgi przychodów i rozchodów, ale on nalegał. - Dałem, a on na to wyciąga legitymację, że jest z urzędu skarbowego. Do dziś pamiętam nazwisko: Zieliński - opowiada właściciel radomskiej kwiaciarni Bukiecik.
Czytaj dalej...


























































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!