Powstał z włókien stworzonych przez człowieka, wywołuje uczucie swędzenia, często zostawia czerwone ślady na skórze. Oto poliester, z którego najczęściej korzystają producenci ubrań przy metkowaniu swoich produktów. Wielkie koncerny odzieżowe, nastawione na zysk i jak najszybszą produkcje używają go, gdyż jest najtańszy. Poza tym może też być przetworzony w o wiele cieńsze, bardziej zbite pasma, niż tekstylia zrobione z naturalnych włókien - takich jak bawełna, wełna czy konopie. Oznacza to, że przerwy pomiędzy przylegającymi nićmi mogą być mniejsze, a ciaśniejszy splot umożliwia zamieszczenie drobniejszego druku. Dzięki temu na metce mieści się większa ilość tekstu.

Brzegi tkaniny syntetycznej są też zabezpieczane za pomocą ciepła, kiedy te z włókien naturalnych muszą zostać podszyte, przez co zużywa się więcej materiału i nici. Poliester pozwala więc zaoszczędzić producentom zarówno na tkaninie jak i czasie procesu tworzenia odzieży. Niestety, w parze z oszczędnościami idzie również nasz mniejszy komfort, gdy wkładamy ubranie z poliestrową, gryzącą metką.

Dlaczego producenci nam to robią? Zgodnie z unijnym prawem dotyczącym tekstyliów i odzieży, jedyną informacją która musi znaleźć się na produkcie tekstylnym, jest skład materiału, z jakiego dane ubranie zostało wykonane. Przy czym użyte nazwy włókien, mają być zgodne z zasadami obowiązującymi w Unii Europejskiej. Ma to na celu chronienie praw konsumenta, upewnienie się że został poinformowany o tym, co kupuje, a także wyeliminowanie możliwych przeszkód, które mogą pojawić się na drodze poprawnego funkcjonowania rynku wewnętrznego - jak możemy przeczytać na stronie Komisji Europejskiej.

Co ciekawe prawo nie nakazuje umieszczenia znaku "made-in", który dotyczy kraju pochodzenia produktu, instrukcji odnośnych prania i prasowania ani informacji o rozmiarze. Są to wiadomości, które producent podaje nam dobrowolnie. I dobrze, bo bez większości z nich zakup i późniejsza pielęgnacja ubrań byłyby problematyczne.

Pytanie brzmi, czy potrzebujemy tych informacji w tak wielu wersjach językowych? Może wystarczyłaby jedna gryząca metka, zamiast pięciu wijących się przy szwie? I znów chodzi o oszczędność - globalnym koncernom, sprzedającym odzież w wielu miejscach na całym świecie, bardziej opłaca się przyszyć za jednym razem kilka metek, niż różnicować je ze wzglądu na kraj odbioru. Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz: im bardziej luksusowa, markowa odzież, tym mniej na niej metek i różnego rodzaju "wszywek”, a te, które są, zrobione są z dobrych materiałów.

Jak zauważa mec. Konrad Godlewski, duża ilość metek i umieszonych na nich wiadomości, może się też wiązać z jakością produktów sprzedawanych przez daną markę. Jeśli produkt który sprzedaje sklep jest gorszej jakości, firma chcąc zabezpieczyć się przed ewentualnymi roszczeniami klientów, umieszcza na etykietach jak najwięcej informacji pełniących funkcję instrukcji - mówi.

To wszystko nie byłoby problemem, gdyby nabywca mógł się w łatwy sposób pozbyć metek i wszywek. Sposób, w jaki zostały spojone z ubraniem sprawia, że stają się one jego nierozłącznym elementem. Jeśli nawet możemy się spodziewać, że szwy w bluzeczce czy sweterku za kilkadziesiąt złotych rozlezą się po dwóch praniach, to miejsca, gdzie została wszyta metka są po prostu nierozpruwalne. Łapiemy więc za nożyczki, w nadziei, że odetniemy problem. Ale ostateczny efekt okazuje się jedynie mniejszą, lecz równie drażniącą wersją tego, czego chcieliśmy się pozbyć.

Na szczęście Maciej Żebrowski, właściciel firmy "Manta" zajmującej się produkcją metek, twierdzi, że istnieją alternatywy dla poliestru. Pierwsza, droga i luksusowa, to satyna. Druga - tańsza, za to mniej drażniąca skórę - to nylon. Decyduje się na niego coraz więcej producentów. Gdyby jeszcze nie wszywali go tak precyzyjnie w szwy nasze życie byłoby odrobinę lepsze.